Wybieram się na księżyć - Solaris - rozwój osobisty

Wybieram się na księżyć

– Uprzedzam, że nie opowiem anegdot z filmu i teatru.

Dlaczego?

– Unikam wspomnień, nie lubię wracać do przeszłości.

Myślałem, że ma pani same dobre wspomnienia.

– Nawet jeśli, to nie zamierzam nimi żyć. Niech pan spojrzy na ten regał – nie wzięłam ze sobą do Skolimowa żadnych pamiątek, nawet jednego starego zdjęcia. Proszę pytać tylko o to, co jest dzisiaj.

Czy dzisiaj świat jest gorszy niż 97 lat temu, kiedy się pani urodziła?

– Nie sądzę.

Mniej uporządkowany?

– Nie.

Bardziej byle jaki? Szybki?

– Zawsze taki był. Z występów w telewizji czterdzieści lat temu pamiętam plątaninę kabli, bałagan i krzyki, że na nic nie ma czasu.

Węgierski pisarz Sándor Márai im był starszy, tym gorszy świat widział wokół siebie. W dziennikach pisał tak: „Wszędzie rozpad. Umowa, zasady moralne, dane słowo, słowo pisane – wszystko się rozpada. Nawet piękno. Już nie ma piękna, tylko gorzej lub lepiej opakowany towar. Wszędzie kupcy z przyklejonym do twarzy uśmiechem”. Nie jest tak?

– Z zasady nie krytykuję dzisiejszego świata. Jak mi się coś nie podoba, to mówię: taka jest teraz moda, zaraz pewnie przejdzie.

I przechodzi?

– Tak. Wystarczy poczekać trzydzieści, czterdzieści lat.

Dziennik innego pisarza – Jarosława Iwaszkiewicza. O swojej starości pisał tak: „Najpierw jest to, że już nic cię nie spotyka. Nie zakochasz się, nie zobaczysz po raz pierwszy wydrukowanego twojego wiersza, już nigdy nie posłyszysz pierwszego płaczu twojego nowo narodzonego dziecka. Życie staje się pustynią, wyschłą równiną bez zdarzeń”.

– Dla efektu literackiego tak napisał.

„I skóra jak gdyby już na tobie grubsza, i uczucia przygaszone, mniej się kocha córki, żonę, Stawisko, Warszawę, wszystko widzi się we mgle”.

– Nie. Jest mi to zupełnie obce.

Co robić, żeby na starość nie czuć się jak Sándor Márai i Jarosław Iwaszkiewicz?

– Nie trzymać na regale pamiątek.

I co to daje?

– Łatwiej się pilnować, żeby nie żyć przeszłością. Wielu ludzi tylko pozornie żyje tu i teraz, w rzeczywistości są mieszkańcami odległych czasów. Jedni żyją pięć lat temu, inni dwadzieścia albo nawet pięćdziesiąt. Rozpamiętują: „Szkoda, że nie wyjechałem do Ameryki… Chociaż może jednak lepiej, że zostałem… Ale z drugiej strony, gdybym wyjechał, byłbym bogaty”. Albo: „Szkoda, że ożeniłem się z Zosią, a nie z Marysią”. Albo: „Taki byłem wtedy piękny i młody, nie to co teraz”. I tak w kółko.

To złe?

– Złe. Człowiek jest wtedy tak zajęty rozpamiętywaniem, że teraźniejszość przechodzi mu koło nosa.

Wielu ludzi żałuje swoich wyborów życiowych.

– Dzisiaj na obiad było do wyboru: ryba albo kotlet. Wybrałam rybę. I zamiast zajadać ją ze smakiem, siedzę nad talerzem i płaczę, że może jednak kotlet byłby smaczniejszy. Bez sensu. Wybór zawsze wiąże się z utratą rzeczy, której nie wybraliśmy. Ale jeśli zaczynamy po niej rozpaczać, to nie mamy czasu dobrze zająć się tym, co wybraliśmy. Ani nie zjemy kotleta, ani nie nacieszymy się smakiem ryby. Żeby być szczęśliwym, trzeba kurczowo trzymać się teraźniejszości.

A jeśli w teraźniejszości nic się nie dzieje? Jeśli „życie staje się wyschłą równiną bez zdarzeń”?

– Mam tu w Skolimowie swoje okno, za nim zawsze coś się dzieje. Podejdźmy. O, widzi pan, jest kot pod krzakiem. Raczej gruby, coś tam sobie zajada. Dziś w środku nocy otwieram oczy, a tu – nie uwierzy pan – piękny księżyc! Zmienia się tak szybko, codziennie jest inny. Chętnie poleciałabym na Księżyc. Jak nie mogę spać, to myślę o takiej podróży.

W wieku 97 lat planuje pani podróż na Księżyc?

– Że niebezpieczne? Rozważyłam to. Tam przecież polecieliby ze mną sami mądrzy inżynierowie, fachowcy. Jeśli oni zaufali, że rakieta się nie rozleci, to dlaczego ja mam się bać?

Jak wygląda pani dzień w Domu Aktora w Skolimowie?

– Modlitwa, śniadanie, spacer. Obiad, drzemka, spacer, modlitwa. Kolacja, modlitwa.

Po tak aktywnym życiu nie jest nudno?

– Nie. Nauczyłam się zachwycać przyrodą, nigdy wcześ-niej nie miałam na to czasu. Pączek na drzewie, kwiat, ptak, kot – to są sprawy bardzo zajmujące. Jak mam dość przyrody, to mogę słuchać radia.

Jakiego radia?

– Maryja. To radio pomaga mi spojrzeć w dobrą twarz Boga.

Dobrą?

– Tak. Same dobre rzeczy tam znajduję.

Dzwoni pani do „Rozmów niedokończonych”?

– Nie. Rzadko słucham tej audycji. I skończmy temat.

Telewizja?

– Rzadko oglądam.

A jak idzie film z Ireną Kwiatkowską?

– Nie lubię patrzeć. Po co mam się martwić, że można było zagrać lepiej?

Nie można zagrać lepiej, niż pani grała.

– Oczywiście, że można. Zawsze byłam z siebie niezadowolona, prawie zawsze. Bardzo często przepraszałam Boga za swoją pracę.

Słucham?

– Wychodziłam z teatru po numerze i modliłam się: „Panie Boże, przepraszam, że tak fatalnie grałam, że nie byłam skupiona”. Właściwie po każdym numerze miałam takie rozmowy z Bogiem.

Wszystkim innym – poza panią – się podobało.

– Nie wiem.

Ktoś podobno zemdlał ze śmiechu, jak zobaczył „Żonę Wacia”.

– Nie pamiętam, nie sądzę.

Zelwerowicz na starość powiedział: „Byłem chyba niezłym pedagogiem, skoro uczyłem aktorstwa Irenę Kwiatkowską”.

– Jak skończyłam szkołę aktorską w 1935 roku, to mi powiedział: „Warunków pani nie ma, trzeba dużo pracować”. Miał rację.

Gałczyński specjalnie dla pani ulepszał swoje monologi.

– Naprawdę?

Stawiał znaczki zielonym ołówkiem w miejscach, które pani uznała za nie dość śmieszne. I poprawiał.

– Nie pamiętam.

Jak się pani udało tak dużo w życiu osiągnąć?

– Praca, praca. A potem znowu praca.

A talent? Nie pomaga?

– Talent zmusza do cięższej pracy. Człowiek utalentowany wie, że mógłby zrobić coś lepiej. Jeszcze lepiej. A potem jeszcze lepiej. I musi pracować więcej i wciąż więcej, żeby to „lepiej” osiągnąć.

Aktorstwo to dobry zawód?

– To rzemiosło, które trzeba wykonywać bardzo solidnie i dokładnie. Tutaj jeszcze dociągnąć, tam podciągnąć, ówdzie trochę odjąć. RZEMIOSŁO. A ja jestem majsterklepka.

Ile czasu trwa przygotowanie roli?

– Długo. Dostaje pan tekst, czyta kilka razy. Jak się panu podoba, to jest ulga i radość. Znowu czyta się tekst. I znowu. I jeszcze raz. Zaczyna się kombinowanie nad postacią: „Dlaczego ona mówi do niego > szuja szuję
Reżyser Gruza twierdzi, że znała pani nie tylko swoją rolę, ale też wszystkich postaci na planie. Jak ktoś zapomniał, to pytał panią.

– Przecież trzeba znać całość scenariusza, inaczej nic się nie zrozumie.

Ale żeby zaraz na pamięć?

– Jak się kombinuje nad relacjami swojej postaci z innymi, to w końcu dla wygody człowiek się nauczy.

W teatrze przed premierą zamęczała pani kolegów: „A może powinnam ten kawałek odrobinę mocniej powiedzieć? Powiedz, co sądzisz?”. „A może nieco słabiej? Co?”. Uciekali przed panią.

– Tak było.

A po premierze przepraszała pani Boga, że była nie dość dobra?

– Tak.

Można zwariować.

– Nie umiałam inaczej.

Pani koledzy uczyli się roli w taksówce, jadąc na plan.

– Nieprawda. Opowiadali takie legendy, ale musieli być przygotowani. Ja w każdym razie w te opowieści nie wierzę.

Aktorzy w serialach chodzą z kartkami poutykanymi po kieszeniach.

– Legendy. Dobry serial to ciężka praca.

Po co pracować solidnie, skoro można byle jak?

– Pracując solidnie, porządkuje się świat.

Praca jest w życiu najważniejsza?

– Dla mnie – była.

Niczego nie zabrała?

– Jeśli nawet, nie umiałam inaczej.

Nie zabrała czasu dla rodziny?

– Nie mieliśmy z Bolkiem dzieci, wybrałam karierę. Ale słyszałam, że dziecko to taka radość, jakby człowiek sam drugi raz się narodził.

Niczego pani w życiu nie żałuje?

– Nie.

A ról dramatycznych, które podobno chciała pani grać? Gustaw Holoubek kilka lat temu oświadczył, że gdyby wiedział o tym pani marzeniu, to natychmiast dałby pani etat w Dramatycznym. I że byłaby pani świetna w tragediach.

– Nie wiem, czybym poszła. Holoubek był wymagającym dyrektorem. Dostawałam ciągle podobne role, ale starałam się myśleć o tym pozytywnie. To wielkie wyzwanie zagrać coś podobnego, ale żeby jednak było inaczej. Nieustanne kombinowanie. Musiałam przez to pracować więcej i więcej. A to lubiłam.

Co jeszcze – poza pracowitością – pomaga odnieść w życiu sukces?

– Odwaga. Nawet pan nie podejrzewa, jak bardzo odwaga pomogła mi w życiu.

W czasie Powstania?

– A skąd! Wtedy to człowiek się nie zastanawiał. Wiedział, że ma zanieść meldunek na czas albo że ziemniaki w garkuchni ma obrać najcieniej, jak się da. Nie ma o czym mówić. Odwaga dużo bardziej przydaje się w normalnych czasach.

Do czego?

– W codziennym, zwykłym życiu wszystko okropnie łatwo się rozłazi. Możesz mieć wielkie plany, ale ciągle słyszysz, że lepiej dać sobie spokój, lepiej się nie wychylać: „nie dasz rady”, „to nie dla ciebie”, „nie wypada”. I wtedy potrzebna jest odwaga. Bez niej nie zostałabym aktorką.

Dziewczyna z robotniczej kamienicy przy Grzybowskiej w Warszawie idzie na egzamin do szkoły teatralnej. To było szaleństwo?

– Tak. Na egzaminie Zelwerowicz krzyknął: „Rozsypały się pani ziemniaki”. I musiałam zbierać te wyimaginowane ziemniaki.

Było was w domu czworo. Jerzy został frezerem, Jadwiga – urzędniczką na poczcie, Edward – zecerem.

– Edward ma zawód po tacie. Były dwa typy tego rzemiosła – zecer ręczny i zecer na linotypie, czyli nowocześniejszy, zarabiający więcej. Tata był niestety zecerem ręcznym, ale za to znakomitym. Umiał sobie materiał dobrze rozłożyć, miał swój ekslibris i kolekcjonował książki. Wchodził do domu: „Kupiłem białego kruka”. Mama na to: „A za co buty kupię dzieciom?”. Nie przelewało się.

Rodzice próbowali wybić pani z głowy aktorstwo?

– Wiedzieli, że i tak postawię na swoim. Odwaga. Pracowitość i odwaga – to pozwalało mi żyć. I na tym skończę, bo nie chcę już żadnych wspomnień. Rozpamiętujemy, a tego nie lubię.

Czterdziestoletni Sándor Márai – jeszcze niepokłócony ze światem – pisał tak: „A jeśli dożyję osiemdziesięciu sześciu lat? Czy więcej będę wiedział? Więcej będzie pewności w moich przypuszczeniach na temat Boga, ludzi, natury i świata nadprzyrodzonego?”. Wie się więcej?

– Mnie się zdaje, że nie zyskuje się tej tajemnej wiedzy.

A co myśli 97-letni człowiek, jak patrzy na wojnę w Jugosławii albo na płonące wieże World Trade Center?

– Nie patrzyłam w telewizorze na płonące wieże, nie chciałam. Ale dużo myślałam, dlaczego takie rzeczy się dzieją.

I dlaczego?

– Nie wiem. Nie wszystko musisz wiedzieć – mówił mi mój Bolek. To wielka ulga dla człowieka.

Co dalej?

– Chciałoby się spokojnie odejść. Ludzie kiedyś mniej bali się śmierci, zwyczajnie o niej rozmawiali. Oto jest śmierć szczęśliwa – mówili – pomodliła się, odwróciła do ściany i umarła jakby we śnie.

Grzegorz Sroczyński

* Układając pytania do Ireny Kwiatkowskiej, korzystałem z reportażu Magdaleny Grochowskiej „Lewa strona gobelinu” („GW” z 23-24 lipca 2005 roku). Korzystałem też ze wspomnień Krystyny Kwiatkowskiej-Jabłońskiej, bratanicy aktorki, oraz z książki Romana Dziewońskiego „Irena Kwiatkowska i znani sprawcy”.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ta strona używa cookies.

Czytaj więcej na temat polityki cookies.