WYBAWCY CODZIENNI - Solaris - rozwój osobisty

WYBAWCY CODZIENNI

Są opiekunami. Pomagają zawsze, każdego dnia. Nie tylko zaspokajają potrzeby innych, oni je odgadują, uprzedzają życzenia. Doglądają ich, troszczą się, wspierają, są na każde zawołanie. „Twój problem jest moim problemem” – to ich motto. Wybawcy Codzienni najpierw wybawiają innych, potem ich prześladują, a na koniec stają się ich ofiarami. I koło się zamyka.

Anka i Piotr wyglądali na świetnie dobraną parę, idealne małżeństwo. Anka czuła się szczęśliwa, mogąc dbać o swego męża. Kiedy wieczorem kładła się spać, niosła jeszcze Piotrkowi, który wieczorami lubił przesiadywać przed telewizorem, gorącą herbatę, dawała mu buziaka na dobranoc. Cudowny porządek napełniał ją poczuciem spełnienia. Po sześciu od ślubu latach on dalej siedział przed telewizorem, ona dalej przynosiła mu herbatę a dom, jak zawsze, był zadbany i ciepły. W międzyczasie Ania urodziła dwójkę dzieci i wróciła do pracy na etacie. Dawniej wykorzystywała chwile wolne na pobycie w ciszy, obejrzenie ciekawych programów, dobrą książkę. Teraz nie miewała chwil wolnych. Byłabym skłamała. W soboty Piotrek zabierał chłopaków na plac zabaw albo do sklepu. Nie było ich zwykle dwie, trzy godziny. To był czas Anki. W czasie tym próbowała nieco ogarnąć dom, bo bałagan ją męczył. Zostawała jej godzina, czasem półtorej. Robiła sobie kawę, odpisywała na e-maile i sama nie wiedziała, kiedy pojawiali się chłopcy. Do książki zwykle nie zdążyła zajrzeć. No, ale chociaż przez moment był spokój. Też coś.

Kłócili się o różne rzeczy: porozrzucane skarpetki, obiady, kolacje robione tylko przez Ankę, niepomyte albo niechlujnie umyte przez Piotrka naczynia. Drobiazgi, które wytrącały ją z równowagi, drobiazgi które odbierały jej szansę na czas dla siebie. Piotrek nie lubił czytać dzieciom bajek na dobranoc i dlatego robił to byle jak. Siłą rzeczy ona wzięła to na siebie. Tak samo jak odrabianie zadań domowych i przepytywanie ich przed szkołą. Anka wybuchała coraz częściej. Piotrek nie pozostawał w tyle: oskarżał ją o to, że się ciągle czepia, demonizuje, nie mówi otwarcie o co jej chodzi a potem go rozlicza. Mówił, że robi się z niej zołza. Wtedy Anka zamykała się w sobie. Szła do sypialni wypłakać się, albo wychodziła z domu, najczęściej do Ilony, sąsiadki, żeby poskarżyć na swój los.

Następnego dnia czuła się stłamszona, nic nie warta, ale ponieważ Piotr w dalszym ciągu nie okazywał skruchy, ani tym bardziej nie przejmował obowiązków domowych – robiła to, co zawsze. I robiła to dobrze jak zawsze. Życie biegło swoim rytmem.
A problem swoim. Anka coraz bardziej opadała z sił, coraz częściej nie panowała nad sobą, była zła na dzieci, na siebie. Tylko jedna rzecz się nie zmieniła. Dbała, żeby wieczorem dom był posprzątany, a na dobranoc robiła mężowi oglądającemu telewizję gorącą herbatę. Taką jak lubi.

Anka jest przykładem osoby współuzalenionej. Współuzależnieni są opiekunami i wybawcami. Najwspanialszymi na świecie, bo nikt ich nawet nie musi prosić o wybawienie. Co więcej – robią to zawsze, każdego dnia. Przy bliższym przyjrzeniu, ich misja zbawiania świata okazuje jest dużo bardziej skomplikowana, nie ograniczona jedynie do opiekowania się i wybawiania z kłopotów tych, którzy w nie popadli.

Wybawcy Codzienni najpierw wybawiają innych, potem ich prześladują, a na koniec stają się ich ofiarami. I koło się zamyka. Współuzależnieni nie tylko zaspokajają potrzeby innych. Oni je odgadują, uprzedzają wszystkie życzenia. Zajmują się innymi, doglądają ich, troszczą się. Pomagają, wspierają, są na każde zawołanie. I robią wszystko tak dobrze. „Twój problem jest moim problemem” to ich motto. Możesz robić coś za kogoś, bo uważasz, że on/ona sobie z tym nie poradzą, że ty jesteś bardziej kompetentna, silniejsza, zaradna albo ta druga osoba bardziej bezradna i zagubiona. Nie ma w tym nic zdrożnego, gdy twoja pomoc jest sporadyczna, okazjonalna. Patologia zaczyna się wtedy, kiedy systematycznie przejmujemy odpowiedzialność innych. Częstokroć nikt się nami nie wysługuje, nikt nie prosi o przysługę. Same bierzemy na siebie dodatkowe zadanie, nieplanowany obowiązek. I nawet czujemy się z tym dobrze. Do czasu. Do czasu, kiedy ta biedna istota, której pomagamy odrzuca jakąś część pomocy, np. nie słucha naszych rad i co gorsze – nie okazuje nam wdzięczności. Nasze karkołomne wysiłki uważa za normę, nie dostrzega poświęcenia. Sugestii na temat dlaczego tak się dzieje może być wiele, ale skutek jest jeden, zawsze taki sam – popadamy we frustrację, czujemy się zranieni.

W efekcie chowamy naszą aureolę a wyciągamy rogi. Nie ma w tym nic dziwnego. Zrobiliśmy bowiem coś, czego tak naprawdę nie chcieliśmy. Zrobiliśmy to jednak dla drugiej osoby. Kosztem naszego czasu, energii, zaniedbując własne potrzeby. Oczekujemy nagrody, zadośćuczynienia. I niedoczekujemy się. Przechodzimy więc do etapu okazywania naszego niezadowolenia, zawiedzionych nadziei, niespełnionych oczekiwań. Etap ten możemy realizować na dwa sposoby, dla których wspólnym mianownikiem jest agresja. Agresja czynna, to rozżalenie, wyrzuty, napaść słowna, awantura. Powody, dla których zwracamy się przeciwko wczorajszemu beneficjentowi naszej pomocy mogą być różne. Możemy wprost powiedzieć, że spodziewaliśmy się „Dziękuję” zamiast „Dlaczego w tym domu nigdy nie ma ketchupu?!” A możemy wybuchnąć ze zgoła innego powodu, np. dlatego bo „Znowu praca jest dla ciebie ważniejsza niż dzieci”.

Drugą formą agresji jest agresja bierna. Dużo bardziej perfidna metoda, bo skierowana przeciwko nam samym. Nie okazujemy swojego niezadowolenia w sposób jawny, chowając urazę głęboko. Jednak nasze zachowanie, chcąc nie chcąc, zdradza nasze myśli. Stajemy się bardziej smutni, poirytowani, niezadowoleni z życia. Tak czy inaczej, musi się to odbić na samopoczuciu niewdzięcznika. I odbija się. Skutkiem ubocznym takiego działania jest dawka stłumionej agresji, która nie zostawszy ujawnioną, obraca się przeciwko nam samym. Zjada nas od środka, paraliżuje nasze połączenia nerwowe, zamraża naszą spontaniczność, radość życia, to co w nas piękne.

Jakby tego było mało, nadchodzi etap ostatni – atak ze strony „beneficjentów”. Dzieje się tak, ponieważ w jawny lub skryty sposób dajemy im odczuć, że są źli. Krytykujemy ich. A tego nikt nie lubi. Szukają argumentów do obrony, często czują się niesłusznie przyparci do muru, nie wiedzą „o co nam chodzi”. No a poza wszystkim, najlepszą formą obrony jest atak. Z myśliwego staliśmy się ofiarą. Czujemy się teraz podwójnie zranieni, upokorzeni, niezrozumiani, wykorzystani. Czujemy się podle, wierzymy głęboko, że to strona przeciwna jest winna wszystkiemu i nie robimy nic, aby zmienić tę sytuację, bo to on ma się zmienić. Po jakimś czasie powtarzamy tę sytuację. I tak bez końca. Bez końca zadajemy sobie pytanie: Dlaczego ja? Dlaczego mnie to spotkało? Czy tak będzie do końca życia? Powiem wam jedno: to nie są właściwe pytania. Bo odpowiedź na nie nic nie zmieni. Wasze życie zmieni się dopiero wówczas, kiedy same postanowicie je zmienić. Postanowicie zmienić siebie.

Oto warunki, jakie należy spełnić, aby zaliczyć się do kategorii Wybawcy Codziennego:

Robisz coś dla kogoś lub za kogoś, kto sam może a nawet powinien to zrobić.

Rozwiązujesz problemy innych ludzi. Litujesz się nad osobami, które znalazły się w „opresji” i muszą ponieść konsekwencje swoich czynów. Wydaje ci się, że one sobie nie poradzą, cierpisz na myśl, że będą musiały wziąć na siebie odpowiedzialność za swoje działania lub zaniechania. Uważasz, że lepiej sobie z tym poradzisz, że jesteś silniejsza.

Spełniasz potrzeby kogoś, kto o to nie prosił.

Stale dajesz więcej niż bierzesz, robisz zawsze więcej niż powinnaś, a potem czujesz się z tego powodu lekceważona i wykorzystana. Zastanawiasz się, dlaczego nikt nie dostrzega twoich potrzeb, skoro ty tak biegle odgadujesz potrzeby innych i od razu starasz się je zaspokoić.

Myślisz za innych, chroniczne przejmujesz się problemami innych, bierzesz na siebie emocje związane z problemami innych. Nie wyobrażasz sobie nawet, że mogłabyś nie przejąć się czyimiś kłopotami. Brak zaangażowania się w nie byłby dla ciebie synonimem egoizmu, braku empatii. Nie zajmujesz się tym, czego chcesz, pragniesz, potrzebujesz. Czasem nawet nie wiesz, czego pragniesz, co sprawiłoby ci przyjemność. Odseparowałaś się od swojego wewnętrznego dziecka. Uciszyłaś je. Brakiem zainteresowania, groźbą, kneblem.

Masz poczucie, że „musisz” pomagać, że jest to jedyna droga, działasz automatycznie. Nie zastanawiasz się nawet nad tym, że mogłabyś NIE pomóc. Nie bierzesz takiej opcji pod uwagę. Niesiesz pomoc nieomal automatycznie, nie zastanawiając się nad tym, że sama zapłacisz za ten akt miłosierdzia zlekceważeniem własnych potrzeb i pragnień.

Nie potrafisz odmawiać. Mówisz „tak”, kiedy myślisz „nie”.

ĆWICZENIE:

Wypisz wszystkie obowiązki swoje oraz pozostałych członków rodziny (męża, dzieci). Każdemu realizowanemu zadaniu przypisz wartość liczbową w zależności od stopnia uciążliwości od 1 do 10.

Uwzględnij ilość godzin spędzanych w pracy, szkole (razem z dojazdem) oraz poziom stresu z nimi związany.

Pamiętaj o wszystkich obowiązkach domowych, nawet tych, których nierzadko nie zauważasz, wykonując je nieomal automatycznie.

Bądź uczciwa przy przyznawaniu punktów. Skonsultuj je z zainteresowanymi.

Podsumuj wartości liczbowe w skali tygodnia i miesiąca. Sprawdź dysproporcje.

Przemyśl i przegadaj z pozostałymi ten układ. Bądź przygotowana, żeby zaproponować nowe rozwiązania, ale najpierw pozwól pozostałym domownikom wykazać się inicjatywą. Niech przedstawią własne pomysły na zmianę. W ten sposób nie narzucając swojej woli osiągniesz skutek w postaci większej samodzielności i odpowiedzialności twojej rodziny.

Pogódź się z tym, że nikt nie jest doskonały. Życie też nie jest doskonałe. Niech jedzą z niedomytych naczyń. Umyj tylko swój talerz.

Przygotuj sobie pomysły, którymi zajmiesz się w zyskanym czasie wolnym. Inaczej niepostrzeżenie wypełnisz go sprzątaniem i poprawianiem po innych. To może być silniejsze od ciebie.

To ćwiczenie wydaje się być zabawą i tak je traktuj. Ale jego skuteczność jest nie do przecenienia. Liczby to konkrety. To już nie są emocje, z którymi większość mężczyzn nie wie jak sobie poradzić. Suche fakty dużo łatwiej przemawiają do logicznych umysłów. Skoro mowa serc nie przynosi pożądanych rezultatów – czas zmienić taktykę na bardziej racjonalną.

I najważniejsze: szanuj siebie, dbaj o siebie, bądź sobą. Kimkolwiek jesteś.

Beata Markowska

Dodaj komentarz

Ta strona używa cookies.

Czytaj więcej na temat polityki cookies.