SYNDROM WYUCZONEJ BEZRADNOŚCI - Solaris - rozwój osobisty

SYNDROM WYUCZONEJ BEZRADNOŚCI

„Od 5 lat mieszkam z mężczyzną, który mnie poniża i robi ze mną prawie wszystko, na co ma ochotę. Gotuję, sprzątam i na dodatek zwyczajnie pracuję od 8 do 17-tej. Kocham tego drania chyba bardziej niż siebie. Wiem doskonale, że powinnam go zostawić, ale nie mam siły. Nie potrafię wziąć się w garść i po prostu odejść. Najśmieszniejsze jest to, że dom jest mój, ale kiedy myślę o rozstaniu – wiem, że to ja wyjdę zostawiając mu wszystko. Wstydzę się tego w jaki sposób mnie traktuje i poniża. Nie ma żadnych hamulców. Potrafi mi naubliżać przy ludziach. Niedawno odkrył, że może mnie bezkarnie bić. Bo ja nic z tym nie robię. Cierpię tylko wtedy kiedy widzę jego śliniący się wzrok zawieszony na tyłku jakiejś wywłoki w za krótkiej spódnicy. Mnie odkąd pamiętam powtarza, że jestem za gruba (53 kg przy 164 cm wzrostu!). Nie mamy dzieci. Na szczęście. Nie przeżyłabym tego, żeby widziały jak tatuś szarpie mamą, albo nazywa ją brudną szmatą. Doprowadził mnie do takiego stanu, że już nie walczę. I czuję się jak szmata. Jednego tylko nie rozumiem: Dlaczego ja go tak cholernie KOCHAM?”

„Ostatnie 7 lat byłam z kimś, kto maltretował mnie psychicznie i fizycznie. W czasie tych 7 lat rozstawałam się i wracałam do niego. Teraz wiem, że nie potrafię i nie chcę bez niego żyć, mimo tego, że mnie katował. Potrafił skopać mnie leżącą, kopnąć butem w twarz, okładać pięściami po całym ciele, bić po twarzy i po głowie, dusić rękami. Wiele razy byłam pokaleczona, bo się z nim szarpałam. Jednak ciosy psychiczne, jakie mi zadawał były o wiele gorsze niż te fizyczne… nie potrafię tego nawet opisać…
Zawsze po takich akcjach nienawidziłam go z całego serca i krzyczałam żeby wynosił się z mojego życia. Kiedy jednak rany się goiły, zaczynałam za nim tęsknić. Wtedy on przychodził, przepraszał, ja wybaczałam i wszystko zaczynało się od nowa.
Podczas najdłuższej, ponad półrocznej przerwy, udało mi się poznać kogoś innego. Wtedy on nagle znowu zaczął się o mnie starać i zabiegać. Zostawiłam tamtego mężczyznę i wróciłam, choć nie wierzyłam w jego zapewnienia, że się zmienił, że żadna z tych rzeczy się więcej nie powtórzy… Nie wierzyłam, ale wróciłam do niego wmawiając samej sobie, że jeśli jeszcze, choć raz przez niego zapłaczę – zakończę to. Płakałam jednak nie raz. I nie kończyłam.”

Co powoduje kobietami, że choć partner lżył i bił, przez lata tkwiły w zniewolonym związku, poniżane, szykanowane, bite? Odpowiedzi może być kilka. A może kilkanaście. I żadna może nie być prawdziwa. Chcę przyjrzeć się jednej z koncepcji, abyście i Wy mogły spojrzeć na zjawisko z szerszej perspektywy, jak na coś, co jest większe od nas. Co jednak nie oznacza, że może bez końca rządzić naszym życiem. Nikt ani nic nie może decydować o tym kim jesteśmy ani kim będziemy. Co innego twierdzi Martin Seligman.
Amerykański psycholog Seligman w 1965r. sformułował teorię wyuczonej bezradności. Przez wiele lat pracował on nad wyjaśnieniem genezy powstawania bierności i rezygnacji. W eksperymencie, który przeprowadził wzięły udział psy. Seligman podzielił je na 2 grupy. W pierwszej były psy, które nie brały udziału wcześniej w żadnych eksperymentach. Wpuszczano je do pomieszczenia, w którym były poddawane oddziaływaniu bolesnego wstrząsu elektrycznego. Aby uniknąć wstrząsu psy musiały dostać się do drugiego pomieszczenia, które było oddzielone od pierwszego wysoką barierką. Po otrzymaniu pierwszego wstrząsu, psy biegały chaotycznie, wyjąc i zanieczyszczając pomieszczenie. Po chwili część z nich odkrywała barierkę, przeskakiwała ją i znajdowała schronienie w drugim pomieszczeniu, wolnym od bolesnych razów. Po kilku próbach wszystkie psy uczyły się unikać wstrząsu.

W drugiej grupie badawczej umieszczono psy, które wcześniej poddawane były wstrząsom w innych doświadczeniach. Po pierwszym wstrząsie, zachowywały się identycznie jak psy niedoświadczone. Biegały dookoła zanieczyszczając się. To, co było najbardziej zaskakujące to ich reakcja na kolejne elektro-uderzenia. Po kolejnych wstrząsach psy przestawały szukać drogi ucieczki z pomieszczenia. Pozostawały bierne pomimo zadawanego im bólu. Te, które przypadkowo odkrywały barierkę i przeskakiwały na drugą stronę – wracały do pomieszczenia pierwszego, w którym były narażone na dawki prądu.
Zwierzęta, które biernie poddawały się wstrząsom w dłuższym okresie traciły apetyt, chudły, w końcu zapadały na różne choroby, niektóre zdychały. Ulegały mechanizmowi autodestrukcji. Zatruły je hormony stresu, a ich system odpornościowy załamał się. Zanikły odruchy, instynkt samozachowawczy wyłączył się. Kiedy udostępniono im drogę ucieczki, były zbyt zagubione lub zbyt słabe, aby z niej skorzystać. Poddawały się. Seligman nazwał tę specyficzną reakcję wyuczoną bezradnością.

Kolejnym jego eksperymentem była próba nauczenia psów pozytywnej reakcji. Dokonano tego poprzez tzw. pozytywne wzmocnienie polegające na przeciąganiu zwierząt siłą z pomieszczenia „wstrząsowego” do bezpiecznego. Po wielu próbach Seligman wysnuł wniosek, że gdy psy raz weszły w charakterystyczny stan bierności, niezwykle trudno jest je z niego wytrącić. Zwierzęta potrzebowały wielu doświadczeń pozytywnego wzmocnienia, aby w końcu przyswoić sobie lekcję, że można uniknąć razów przeskakując do innego pomieszczenia.

Ile razy trzeba było je przeciągać siłą, żeby mogły się zacząć samodzielnie ratować?

Około 200.

W 1971 roku D. Hiroto przeprowadził serię eksperymentów z udziałem ludzi. Celem eksperymentu było zbadanie, czy u ludzi poddanych podobnym sytuacjom, wystąpi wyuczona bezradność (Hiroto, 1974). Ze względów humanitarnych nie poddawano ich działaniu szokom elektrycznym, jednak wyniki badań były zbieżne. Uczestnicy eksperymentu brali udział w grze, w której nie można było przewidzieć wyniku, a gracz przeważnie był przegranym. Po jakimś czasie ludzi ogarniała bierność. Oni też poddawali się.
Leonora Walker, badając przez wiele lat zachowanie kobiet – ofiar przemocy w rodzinie, wykazała, że w ich przypadku zjawisko wyuczonej bezradności występuje z taką samą intensywnością, a schemat jej powstawania jest identyczny. Po pojawieniu się aktów przemocy, kobiety podejmują różne działania mające wpłynąć na partnera, stosują techniki znane od tysiącleci: od prośby do groźby. Gdy jednak przekonują się o nieskuteczności swoich zabiegów, rodzi się w nich poczucie bezsilności.
Bo cokolwiek by nie zrobiły, zachowanie partnera zawsze było jedną wielką niewiadomą. W rozmowie kobiety wspominają: „Nic nie było w stanie go zadowolić, zawsze wykazywał mi, że wszystko przeze mnie, przez mój błąd, moją ignorancję, czy głupotę”. W ten sposób kobiety dochodziły do wniosku, że nie ma znaczenia, jak bardzo będą się starać, skoro i tak nie skutkuje to pozytywnym rezultatem. Tym samym, nie ma sensu robić cokolwiek. Poddawały się. Trwały, biernie przyjmując razy, tak jak psy.
Nie wszystkie kobiety zachowują się w podobny sposób. Są takie które potrafią postawić partnera do pionu. Są i takie, które wychodzą trzasnąwszy drzwiami. Dlaczego zdecydowana większość z nas znosi upokorzenia?

Jak pokazują badania, powstawaniu stanu zgody na krzywdę i wykorzystanie w dorosłym życiu sprzyjają trzy czynniki:

– pesymizm lub optymizm matki
– nadmierny krytycyzm dorosłych
– kryzysy życiowe okresu dzieciństwa

Pesymizm lub optymizm matki. Istnieje bardzo wyraźny wpływ sposobu, w jaki matka odbiera rzeczywistość na odporność psychiczną dziecka. Co ciekawe jednak, nie stwierdzono podobnej zbieżności między dziećmi i ojcami. Prawdopodobnie dlatego, że dzieci pozostają w silnych związkach emocjonalnych z osobami, które poświęcają im najwięcej czasu, a więc zazwyczaj z matkami. Dzieci obserwują to, jak matki reagują w różnych sytuacjach, w tym w sytuacjach trudnych, czy beznadziejnych. Uczą się od nich walki lub uległości. I jak pokazują statystyki – częściej uczą się bezradności.

Nadmierny krytycyzm dorosłych. Dziecko, które jest bezustannie krytykowane buduje swój odbiór świata na przekonaniu, że wszystko, co robi i tak jest złe. Takie dziecko to gwarantowany kandydat (a raczej kandydatka) na ofiarę syndromu bezradności.

Kryzysy życiowe. Są to wydarzenia, w wyniku których sytuacja dziecka ulega nagle znacznemu pogorszeniu, na przykład kryzys ekonomiczny, wojna, emigracja, lub bardziej pospolite, takie jak rażące pogorszenie się sytuacji ekonomicznej w rodzinie czy rozwód bądź śmierć rodzica. Wiele zależy od tego, czy trudna sytuacja zostanie zażegnana. Jeżeli pomimo wysiłków nie zakończy się ona pomyślnie i jej konsekwencje będą ciągnęły się przez wiele lat, dziecko najprawdopodobniej nauczy się, że takim zdarzeniom nie można przeciwdziałać. W przyszłości może to stać się przyczyną bierności i depresji w obliczu kryzysu życiowego.

Córki takich matek są od dziecka programowane na uległość. W związku nie walczą o siebie, pasywnie oczekują aż coś się wydarzy. Najlepiej jakiś cud. W międzyczasie godzą się na złe życie. Wbrew pozorom kobiet tych jest więcej niż nam się wydaje. Co więcej, one zdają sobie sprawę ze strat, jakie ponoszą, ale nic nie mogą z tym zrobić. Ich oprogramowanie na to nie pozwala. Trzeba znaleźć w sobie siłę na bunt i to bunt wobec siebie samej żeby wyjść z tej matni. A potem zabić w sobie tę miłość, którą obdarzamy najbliższego człowieka, żeby móc uratować siebie. To jest walka w której nie ma zwycięzców.

Jeśli i ty jesteś przekonana, że cokolwiek byś nie zrobiła i tak nie przyniesie to efektu, wiedz że masz rację. Nikt poza tobą nie może sprawić, abyś myślała inaczej. Jeśli liczysz na to, że ktoś cię uratuje, muszę cię rozczarować. Nikt taki się nie pojawi, a przynajmniej nie po to aby cię ratować. Może szuka kolejnego „dawcy”.

Dopóki jesteś w tej niewidzialnej klatce, jesteś niewidoczna. Najpierw sama musisz siebie uratować, uciec z klatki, w którą zamieniło się twoje życie. Pamiętaj, że to nie gra komputerowa. Masz tylko jedno życie i to ty decydujesz co z nim zrobisz. Możesz się poddać i przegrać swoje życie a możesz zacząć walczyć o siebie. Nigdy nie jest za późno. Nawet nie wiesz ile masz w sobie siły i mądrości. I nie dowiesz się tego, póki nie odważysz się sięgnąć po wolność. Prawdą jest, że my kobiety nie jesteśmy stworzone by walczyć. Mamy pielęgnować miłość, czuwać nad jakością ogniska domowego, koić smutki bliskich. Ale też czasy mamy inne. Ludzie są inni. Oczekiwania są inne. Skoro pracujemy jak mężczyźni, możemy też myśleć jak oni i walczyć jak oni. A to wszystko po to, aby być wreszcie kobietą.

Beata Markowska

11 odpowiedzi na “SYNDROM WYUCZONEJ BEZRADNOŚCI”

  1. Marta pisze:

    Powyższy artykuł przeczytałam niezliczoną ilość razy. Od pewnego czasu wracam do niego niemal codziennie. W zasadzie…nie mam nic szczególnego do powiedzenia, pragnę jedynie dać znak, że jestem, a słowa, które przed kilkoma minutami ponownie przeczytałam, są dla mnie ważne. Dziękuję za stworzenie miejsca, do którego mogę wracać. Czuję się tu ważna i zrozumiana, jakkolwiek idiotycznie by to nie zabrzmiało. Przesyłam dobrą myśl.

  2. admin pisze:

    słów mi brakło, jak rzadko kiedy… też wysyłam dobrą myśl. beata

  3. Maryla pisze:

    Dzięki pieskom dowiedział się świat o wyuczonej bezradności?? Mogli mnie przetestować ( bezrobotna dwa lata z bardzo słaba samooceną) . Sama! sama! mogę wyjść z tego?(wychodzę z domu , spotykam się z ludźmi,występuję w przedstawieniach, jeżdżę po domach starców i czytam im wiersze, jestem wolontariuszem w hospicjum , uczę się języka niemieckiego, rozpoczęłam kurs księgowych , mam kochaną rodzinę – mam 52 lata iiiiiiiiiiii co mam jeszcze SAMA robić ) CHYBA SIĘ POWIESIĆ!!!!. Wysyłam czasami ( po dwóch latach)moje cv i nie wierzę że ktoś mnie zatrudni.pozdrawiam Maryla

  4. Maryla pisze:

    Uważam również , że bez „drugiej osoby” czyli kogoś kto mnie wyciągnie z bezradności, nic sama nie zrobię.Jeżeli ludzie mi nie pomogą to nigdy z tego marazmu nie wyjdę. Tak pewno byłoby i z tymi pieskami, gdyby ktoś po prostu wziął je i WYJĄŁ to nie musiałyby umierać w cierpieniach ,gdyby tylko ktoś raz je wyjął…pogłaskał….Zburzyłaby się teoria o wyuczonej bezradności .A tak wszyscy patrzyli z boku i notowali ich zachowania (szok). Tak też jest w życiu wszyscy stoją z boku ,patrzą , doradzają ,podsuwają pomysły w końcu przestają rozkładają ręce i mówią „musisz sama” .SAMA NIC NIE ZROBIĘ POTRZEBUJE DRUGIEGO CZŁOWIEKA.

  5. Dorota pisze:

    Maryla zgadzam się z Tobą.W 100%.Jeśli jest się pozostawionym samemu sobie bez pomocy wsparcia bliskich utwierdzamy się w przekonaniu że juz nic nie możemy zmienić że tak musi być

  6. Bożena pisze:

    Maryla, też mam 52 lata, trzymaj się!!! !
    „W życiu ważne są tylko chwile”
    Bądź – kiedy tylko możesz – szczęśliwa, wydzieraj te chwile dla siebie, każdy moment gdy jesteś zadowolona z siebie w tej pracy dla innych, w nauce, miłe chwile z rodziną – to pielęgnuj!
    Może uda Ci się wydostać z tej klatki?!

  7. Ela pisze:

    Bylam w emocjonalnym marazmie bardzo dlugo. Uwazalam, ze tak bedzie zawsze, nie dam rady, jestem ofiara losu, tchorz, do niczego sie nie nadaje itd.Uwierzylam w te glupoty bedac dzieckiem. Mama byla wiecznie ze mnie niezadowolona. Latami wszelkie proby samoobrony niewypalaly, nic nie wypalalo- istne dno.Przeszlam przez rozwod, bylam tez kiedys bezrobotna,niechciana, niekochana ot tylko usiasc i zaplakac. Ludzie popychali mnie i wykorzystywali cale zycie jak chcieli. Az w koncu przyszedl moment /jak w filmie ha ha/, ze z nerwow znalazlam sie w szpitalu na kardiologii. Pol nocy przeryczalam w poduszke i przyrzeklam sobie, ze nigdy wiecej nie pozwole aby ktokolwiek doprowadzil mnie znowu do tego miejsca. NIGDY. To byl bunt, otwarcie oczu itd. Krok po kroku uczylam sie wiary w siebie /pomoca byl Internet/, mowienie nie-zdecydowanie, stawianie swoich potrzeb na pierwszym miejscu.Poczatki byly trudne, nawyki, wpadanie w stare koleiny myslenia, durne poczucie winy. Lecz jak bardzo zalezy to da sie rade, tylko kwestia czasu i odpowiedniej dla siebie metody, cos na zasadzie prob i bledow. Od tamtego czasu minelo 4 lata. Powiem krotko jak ktos z was mysli, ze nie da rady- to ma racje. Jesli ktos mysli, ze da rade wyjsc z marazmu to tez ma racje. Kwestia nastawienia.Mnie sie udalo. Wyprostowalam w zyciu co moglam- znajomi-tylko ci przy ktorych dobrze sie czuje i sprawiaja mi radosc, w rodzinie czesc tez poszla w odstawke fizyczna lub emocjonalna, czarnowidztwo-precz, krytykanctwo-precz, dziekuje za to co mam-wdziecznosc, wrogom przebaczylam aby spac spokojnie /nie wiedza o tym/,jak sie czegos boje-zamykam oczy i ide do przodu. Koniec na wspieraniu sie na innych.Poradzic sie- tak, wspierac sie-nie.Nie dam znowu komus wladzy nad soba aby mi mowil co mam a czego mam nie robic. Ja jestem sobie szefem i dyrygentem.Po diabla mi jeszcze jakies dlugi wdziecznosci.Sama sobie poradze i radze. Robie jak chce. Jak nie wypali plan A to alfabet ma wiele liter. Gdy porownam siebie przed a po, to jak dwie rozne istoty. Gdy tylko watpie w siebie to mam swoje haslo-szpital!przechodzi natychmiast. Jest to praca nad soba do konca zycia ale warto.Acha – mam 63 lata a to dowod, ze wszystko jest mozliwe w zyciu, nigdy nie za pozno. Z tym, ze sa rozne marazmy- ja mialam swoj indywidualny.Pozrawiam wszystkich .

  8. ala pisze:

    Znam to dokładnie ….tkwiłam w takim chorym układzie 6 lat…i ciągle brałam całą winę na siebie…
    a on gardził,poniżał,wyśmiewał,zdradzał i znikał,by potem się nagle pojawić….wiedział ,że nic z tym nie zrobię…
    traktował mój dom jak noclegownię i melinę pijacką,bo ma problem z alkoholem…
    nienawidziłam siebie ,że tak daję się traktować…
    był wredny ,chamski,bez wyrzutów sumienia .
    i wiedziałam,że muszę to skończyć ale nie potrafiłam..
    pomogłam sobie sama…znalazłam książkę K.Horney-„Neurotyczna osobowość naszych czasów”z każdym zdaniem rozjaśniało mi się w głowie i dzięki tej pozycji udało mi się powiedzieć stop
    tacy ludzie się nie zmieniają,nigdy…
    od 5 miesięcy nie mam z nim kontaktu i czuje się super !
    do mojego życia wrócił spokój wewnętrzny i wreszcie mam czas dla siebie…
    życzę wszystkim kobietom ,żeby dały radę i kopnęły w tyłek zaburzonych nieporadnych chłoptasiów
    Naprawdę warto!

  9. rosetta pisze:

    Na artykuł trafiłam przypadkiem.Szukałam jakichś informacji o syndromie bezradności,bo zaintrygowała mnie znajoma. Bardziej jednak ujęły mnie reakcje na ten artykuł, szczególnie wypowiedź Eli.Podpisuję się pod nią rękami i nogami też. :)
    O sobie nie będę pisać,bo za dużo tego.Czy próbuję COŚ zmienić w sobie i swoim życiu? Owszem!
    Czy to ciężkie? Jak cholera!
    Czy warto? Zdecydowanie!
    Zmiany? Bezcenne!!!
    Pozdrawiam Was kobietki. :)

  10. wrażliwa pisze:

    Ciężko się do tego przyznać,ale przez lata też nauczyłam się być bezradna,można niechlubnie stwierdzić,pielęgnowałam to uczucie każdego dnia, oddając swój los w ręce innych ludzi,najczęściej rodziny. Czytając ten artykuł, rozwiałam swoje wątpliwości, co do tego,że przecież nie jestem skazana na bycie marionetką przez całe życie…Nigdy nie jest za późno… Choć wiem,że przede mną długa droga, to wiem,że jeśli teraz znajdę w sobie siłę,pokonam barierę strachu,zbuduję nowy obraz siebie… To wygram szczęśliwe życie:)Pozdrawiam gorąco wszystkich:)

  11. Mariusz pisze:

    Witam
    A może Al-Anon. Ja tam znajduję pocieszenie i moc chociaż jestem mężczyzną. Zona alkoholik nie pije od jakiegoś czasu. Dwójka dzieci i mieszkanie u teściów (nie ma gdzie odejść). Dodatkowo ojciec akloholik i pochodzę z biednej rodziny wielodzietnej. Wiek 40lat. Próbuję coś zmienić właśnie dzięki pomocy Al-Anon i sobie.

Dodaj komentarz

Ta strona używa cookies.

Czytaj więcej na temat polityki cookies.