Spotkanie z Syzyfem - Solaris - rozwój osobisty

Spotkanie z Syzyfem

Przyszedł dziś do mnie, mniejsza o okoliczności, następujący obraz:

SYZYF, który każdego poranka rozpoczyna trud taszczenia olbrzymiego kamienia na szczyt anonimowej góry i każdego wieczora boleśnie przeżywa dramat porażki, gdy kamień prawie już juuż juuuuż dotknąwszy szczytu – stacza się na dół. A następnego dnia, po krótkiej regenerującej drzemce, Syzyf ponownie staje oko w oko z kamieniem i z górą. wierząc, że to właśnie dziś uda mu się odczarować swoje przeznaczenie.

Nagle wizja się rozszerzyła.

Wokół syzyfowej góry zobaczyłam przepiękną, rozległą łąkę – soczysta zieleń urozmaicona wszelkimi barwami dzikiego kwiecia rozciągała się po horyzont, zobaczyłam błękitne niebo, życiodajne, uśmiechnięte słońce.

No cudownie, gdyby nie pewien mały szczegół: zrozumiałam, że Syzyf nie widzi tego dobrodziejstwa życia – jego całym światem jest olbrzymi kamień oraz nieprzyjazna góra, z którymi związany jest od tak dawna, że zaczął je nazywać „SWOIMI”.

Zdałam sobie sprawę z tego, ŻE JA TEŻ TAK MAM! Jak ten Syzyf!
I prawdopodobnie jeszcze wielu innych ludzi także tak ma!

Dziś obudziłam się wcześnie, przeciągnęłam rozkosznie, leniwie zbierając rozsypane po całej pościeli okruchy snu – okruchy energii, uśmiechnęłam się nieukierunkowanie. i przypomniałam sobie o tym, że przede mną wymagający dzień w pracy – spotkanie menedżerów u progu czegoś, co odczuwam jako nieuchronnie zbliżający się wewnętrzny kryzys [kolejny!], oraz odejście z naszego zespołu jednej z kilku ważnych dla mnie osób.

Zasypiając wczoraj wieczorem zrobiłam MOCNE POSTANOWIENIE. Takie mianowicie, że cokolwiek się wydarzy NIE BĘDĘ KARMIĆ NEGATYWNYCH myśli, nastawień, ani uczuć. Ale już nawykowe zawieszenie podczas porannego suszenia włosów uświadomiło mi, że to nie będzie łatwe zadanie – gdy tylko na moment zapominałam o uważności, natychmiast wcielałam się w bohaterkę wielu kapiących dramaturgią wewnętrznych dialogów i scenariuszy.

CO ZA CIĘŻAR odczuwałam za każdym razem, gdy się wybudzałam z tego auto-monologowego letargu! I tak do wieczora. W międzyczasie – modlitwy ho’oponopono i świadome oddychanie. W instynktownym odruchu samozachowawczym, w ramach relaksu po tym wymagającym emocjonalnie dniu, zaprosiłam samą siebie na cudowną kolację pośród zieleni w inspirującej Quchni Artystycznej, podczas której towarzyszył mi niespodziewany prezent od przyjaciółki „Jedz, módl się i kochaj” [CUDOWNE!!!]. Radość z lektury przerwał telefon od koleżanki z pracy i przez godzinę robiłam jej telefoniczną sesję psychoterapii.

Gdy skończyłam tą rozmowę, wsłuchałam się w rozmowy ludzi przy stolikach obok.
WSZYSCY NARZEKALI NA COŚ ZWIĄZANEGO Z PRACĄ.

Jesteśmy narodem Syzyfów.
Co za ulga uświadomić sobie, że nie ja jedna.
Co za smutek uświadomić sobie, że nie ja jedna.
Co za radość uświadomić sobie, że poza syzyfową górą istnieje prosty i przepojony esencją życia świat!

W mojej przestrzeni opowieść o Syzyfie zyskała nowe zakończenie.

SYZYF

Zmęczony tysiącleciami ciężkiej, nużącej i jakże odtwórczej pracy, która nie przynosi efektów, w połowie góry postanawia zrobić sobie PRZERWĘ. Tylko tyle. Jego wzrok pada na leżący nieopodal olbrzymi suchy konar drzewa. Z elastycznością jaguara i siłą niedźwiedzia, lewym barkiem podtrzymując kamień prawą ręką sięga po ów konar i podkłada go pod kamień. Upewniwszy się, że kamień na chwilę jest unieruchomiony, prostuje plecy i przeciąga się rozkosznie.

Rozgląda się.
Rozgląda się ponownie.
Rozgląda się raz jeszcze.
I raz jeszcze.

Przeciera oczy ze zdumienia. Wokół widzi rozciągającą się po horyzont, pełną kolorowych kwiatów i soczystej zieleni łąkę. Zauważa niebo. Uśmiecha się do słońca. Jak okiem sięgnął – łąka. Nie ma innych gór i innych Syzyfów. Ponownie przeciera oczy, szczerze zdumiony tym widokiem – do tego Tu i Teraz żył przekonaniem, że cały świat składa się z gór i kamieni oraz takich jak on, przeklętych przez bogów, skazanych na wieczną, nikomu nie potrzebną pracę, ludzi.

Stoi w bez-ruchu.
Stoi.
Stoi.
Wciąż stoi.

Stoi.

Kto wie, co właśnie rozbrzmiewa w jego wnętrzu?
Szaleństwo myśli czy symfonia ciszy?

Niepewnie, kieruje wzrok w dół ku ścieżce, którą przybył.
Waha się.

Robi PIERWSZY, niepewny, malutki, ale świadomy krok w dół, ku łące.
Waha się.

Kto wie, co właśnie rozbrzmiewa w jego wnętrzu???
Szaleństwo myśli czy symfonia ciszy???

Robi kolejny krok.
Z kieszeni wyciąga ostatniego, zmiętolonego przez tysiąclecia papierosa, którego zachował na „czarną godzinę”. Zapala go, a każda sekunda tego czasu odzwierciedla TO COŚ, nazywane przez mistyków SATORI – PRZEBUDZENIEM.

Gasi papierosa i robi kolejny krok.
Odwraca się i patrzy na drżący niepewnością własnego istnienia kamień.

I wreszcie.

SYZYF SIĘ UŚMIECHA.
Powoli, celebrując każde poruszenie ciała – każde poruszenie serca, po prostu uśmiecha się nieukierunkowanie.

Syzyf [leniwie, przeciągle i z nutą budzącej się w nim lekkości]: A PIERDOOOOOLĘ TEN KAMIEŃ. I TĄ GÓRĘ TEŻ PIERDOLĘ.

Syzyf zbiega z góry, z każdym krokiem nabierając szybkości, czasem potyka się, czasem upada, co jakiś czas zatrzymuje się, odwraca i stoi zapatrzony w kamień, który z każdą chwilą nabiera przejrzystości i zatraca realność swoich kształtów. I znowu biegnie.

Gdy dociera do miejsca, w którym góra spotyka łąkę – przyśpiesza jeszcze bardziej. Szybko sercem i wzrokiem lokalizuje słońce, dotykające horyzontu, i biegnie dalej.

Biegnie.
BIEGNIE.
BIEGNIE.

Tarcza słońca już tylko w połowie spogląda na świat spoza linii horyzontu.
Syzyf zwalnia.
Jego bieg przemienia się w trucht, a trucht z kolei w radosne podskoki.

Syzyf radośnie podskakuje.
Dołącza do niego. królik Bugs!

Słychać głos.
Głos: „It seems like a beginning of a beautiful friendship”. [Wygląda to na początek pięknej przyjaźni.]

Podążają razem, w podskokach, ramię w ramię, ku zachodzącemu słońcu. Kamera robi najazd, otaczając Syzyfa, królika Bugsa oraz słońce wielokolorowym kółeczkiem.

Pojawia się napis.
Napis: „That’s all falks!” [To wszystko kochani!]

***
Kuchnia przytulnego mieszkania na Pradze Północ, choć jest już dawno po północy, dokładnie 01:45.

Paz bierze głębooooooki oddech, pierwszy świadomy odkąd zaczęła opisywać spotkanie z Syzyfem.
Spogląda na kuchenny, lawendowy zegar.
Uśmiecha się.

Odrywa wzrok od ekranu komputera i przez chwilę rozkoszuje się otwartą, granatowoprawieczarną [świetny film!] przestrzenią aż do Wisły, której nie widzi, ale wie, że ona tam jest i chlupocze radośnie.
Uśmiecha się.

Zaraz zapewne wyciągnie z kieszeni zmiętolonego papierosa! 🙂

I myśli.

Paz [w myślach]: ALEŻ DZIŚ DUŻO ZROZUMIAŁAM! Tak dużo, że wręcz nie da się tego opisać! 🙂

Agnieszka Pazurek
03.07.2008

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ta strona używa cookies.

Czytaj więcej na temat polityki cookies.