Przyjaźń słonia z panterą - Solaris - rozwój osobisty

Przyjaźń słonia z panterą

Na dalekim Safari mieszkał szaro-srebrzysty Słoń. Lubił swoje jeziorko, łąkę i kwiatki. Dużo czasu spędzał na dworze. Wieczorami chodził na wielkie spotkania zwierząt na pobliskiej polance. Razem zbierały się tam: lamparty, lwy, bawoły, czarne nosorożce, gepardy, hipopotamy, zebry, małpy, krokodyle, słonie, żółwie, a także żyrafy. Któregoś wieczoru występowała pantera. Biegała, skakała radośnie po polance. Opowiadała żywo wesołe historie. Słoń patrzył na nią z podziwem. „Ależ fajna ta pantera, taka energiczna, roześmiana” myślał słoń. Po chwili się zreflektował „ona jest drapieżna, dzika, połyka bez opamiętania inne zwierzęta.” Odszedł więc z polany. Wewnętrzny głos ostrzegał ” Bądź ostrożny uważaj na panterę. Pantera może zaatakować”. Wśród zielonych delikatnych traw mijały kolorowe dni, beztroskie, delikatne jak podmuch wiatru. Zwierzęta nadal się spotykały na polance: żyrafa, lampart, lew, struś, krokodyl, żółw. Słoń zauważył, że Pantera zerka na niego spod oka, obserwuje, podsuwa mu brązowy pieniek dla wygody, zagląda w oczy. Słoń pomyślał „Pantera chyba mnie lubi, może nie jest taka niebezpieczna”. Minął jeden dzień i jedna noc, pantera zaczęła rozmawiać ze słoniem, podsuwać mu smakołyki, pytała co lubi, co mu się podoba. Słoniowi zaczęła się podobać dzika pantera. Była energiczna, rozbrykana, pomysłowa. Pantera to pojawiała się, to znikała. Nigdy nie mówiła gdzie. Słoń cieszył się gdy wracała, puszczała mu oko. Było mu smutno gdy znikała na dłużej. Pantera tak właśnie żyła.

Wyruszała na łowy, podbijała nowe, dalekie terytoria, łowiła zwierzęta, które się jej podobały. Nikt nigdy nie wiedział gdzie jest pantera. Była taka szybka, zwinna, niezależna. To, że jej nie było, było normalne. Pantery robią co chcą, czasem znikają na bardzo długo i już, nie muszą się tłumaczyć. Pantera lubiła słonia. Zawsze gdy przyjeżdżała na polanę, zaraz do niego podbiegała, skakała wesoło wokół słonia. Omawiała ze słoniem tematy Safari. Traktowała go jak swojego ulubionego kolegę. Słoń tak się cieszył, że kiedykolwiek wyruszał na polankę zakładał kokardkę, układał trąbkę do góry, wachlował uszami, zakręcał cienki ogonek. Pantera od czasu do czasu drapnęła słonia pazurkiem. Lubiła się z nim bawić, droczyć. Zdarzało się też, że pantera śmiała się ze słonia „Co Ty słoniu robisz, zrywasz liście, malujesz trąbką na piasku. Jesteś taki duży i taki szary, nieładnie ci w czarnym, jesteś za skromny” Pantera była zaczepna, sprawdzała, czy słoń będzie płakał, czy tęskni, czy można go jeszcze raz drapnąć, czekała kiedy się zdenerwuje. Zaglądała co słoń ma za uchem. Słoń był zdziwiony tym co robi Pantera, ale postanowił się nie denerwować. Myślał sobie „jestem mądry, silny, mam fajne uszy, długą trąbkę. W razie czego obleję panterę lodowatą wodą tak, że będzie szybko zmykać.” W głębi swej dużej duszy miał jednak nadzieję, że pantera go lubi. Jak można nie lubić srebrzystego, mięciutkiego słonia z kokardką i podkręconą trąbką. Słoń gdy otwierał swoje duże serce dla kogoś, to już bardzo tego kogoś lubił. Tak bardzo, że tęsknił za panterą, wysyłał liście, czekał, płakał w ukryciu. Mijały dni, a pantera znów zniknęła na bardzo długo. Powiedziała, że opuszcza safari bo znalazła nowe ciekawsze terytorium. Pantera była dumna i nieprzewidywalna. Po kilku miesiącach znów przyjechała, skakała, wyprężała swoje czarne lśniące futerko, błyskała zielonym okiem. Prosiła „słoniu, słoniu opowiedz co tu się działo gdy mnie nie było”. Przyniosła słoniowi smakołyki, skropiła go orzeźwiająco- rozbrykającym płynem. Namówiła mądrego słonia na spacer. Słuchała z zainteresowaniem jego opowieści. Gdy byli już bardzo daleko od innej zwierzyny rzuciła się na słonia czterema łapami z pazurami. Słoń poszarzał, skulił się, zakrył się uszami, nie uciekł. Plan z wodą nie powiódł się, w trąbie było pusto, w głowie pusto. Pantera skakała, brykała jak szalona, atakowała słonia z wszystkich stron. Słoń poczuł się szaro i słabo, zniknęła jego siła. Zmęczony zasnął, pantera go przeraziła. Gdy się ocknął, zasnęła pantera. Stanął na chwiejnych nóżkach i zaczął uciekać panterze. Ruszył prosto przed siebie, spuścił trąbę, zresztą była ciężka i bolała słonia. Oczy mu posmutniały, uszy opadły. Zmarszczył się, zrobił się szary, wybrudził się od kurzu i piasku. Wyruszył w daleką drogę, chciał być sam. Szedł na oślep. Patrzył nieufnie na spotykane po drodze zwierzęta. Nic nie mówił, nie wiele go cieszyło. Przestał zbierać, rozsyłać liście, czasem zakopywał je nóżką pod krzakiem. Postanowił się oddalić od zwierząt, nie zaprzyjaźniać z żadnym. Ranki na szarzej skórze powoli się goiły, co prawda trąba była nadal ciężka, uszy bolały, oczy straciły blask, kły się schowały. Przypatrywał się drzewom, lasom, niebu. Uciekał bo myślał, że nadal goni go pantera. Tymczasem nic, nikt go nie gonił. Pantera zniknęła tak jak i on. Mijały pory letnie i pory deszczowe. Słoń wędrował sam. Samotnie wybierał kierunek. Kiedyś ujrzał rano w lesie dwie drogi, wybrał tę mniej uczęszczaną. Reszta wzięła się z tego, że wybrał właśnie tę. Najpierw spotkał Tygryska, który powiedział mu, że jest fajny. Później spotkał małpę, która powiedziała, że jest mądry. Żółw spojrzał „ach ty masz taki krok, że przenosi Cię o mile stąd”. Żyrafa zachwycała się wielkimi falującymi uszami słonia. Krokodyl zazdrościł mu pięknych kłów. Słoń im nie wierzył. Zapamiętał, że jest szary, potrafi tylko zrywać liście. Myślał czasem po co chciałem się przyjaźnić z panterą. Nie umiałem się z nią bawić. Po pewnym czasie myśli o panterze powoli znikały. Nie myślał jednak o innych zwierzętach. Gdy spotykał krokodyla, antylopę, żyrafę wolał zejść im z drogi, ustępował nawet żółwiowi.
Mocno strudzony, spragniony dotarł wreszcie do wodopoju. Na tafli źródlanej wody ujrzał zakurzonego, strudzonego, ze spuszczoną trąbką słonia. To był on sam. Tymczasem na przeciwległym brzegu stało małe słoniątko. Mały słonik unosił wysoko trąbkę, spryskiwał się radośnie wodą z wodopoju. Jego uszy lekko falowały, spoglądał z zaciekawieniem na dużego słonia. Szary słoń zawstydzony swym nieatrakcyjnym wyglądem, zanurzył głęboko swą trąbkę w źródle, zaczerpnął wody i chlusnął z całych sił mocnym strumieniem. Po skórze pociekły błoto, piach, brud. Chlusnął raz jeszcze. Powoli zaczęły zmywać się błoto, szare, czarne cienie. Ponownie zerknął na małe słoniątko. Uśmiechnął się do niego szeroko i postanowił odtąd unosić trąbkę do góry, uśmiechać się częściej. Z szarego zrobił się przyjemnie różowo-fioletowy.

Vera

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ta strona używa cookies.

Czytaj więcej na temat polityki cookies.