POSTANAWIAM, ŻE ... - Solaris - rozwój osobisty

POSTANAWIAM, ŻE …

Jak wiele nas, tak wiele postanowień, że zmienimy coś w swoim życiu. Dlaczego wciąż tych samych? Za sprawą konfliktu naszych wewnętrznych postaci. Bo Dziecko marzy o nierealnym, Rodzic surowo je za to karci, a Dorosły nie jest dorosły.

Marta ma apetyt na życie. Śmieje się perliście i otwarcie, dużo mówi. Ciągle się śpieszy. Lubi szybko żyć. Szybko mówi, szybko też je. Dwa razy do roku wyjeżdża do Włoch. Głównie z powodu klusek. Z miłością w oczach opowiada o tortellini ze szpinakiem i ricottą. Nawet zbudzona w środku nocy potrafi wymienić kilkanaście rodzajów makaronu. Wyróżniają ją urocze dołeczki w policzkach i blond loki jak sprężynki. Jest kobietą przed czterdziestką i ma kilkanaście kilogramów nadwagi. Marta je jeden posiłek dziennie – od rana do wieczora. Przekąsza, podjada, smakuje. Je całą sobą. To wtedy, kiedy się nie odchudza. Gdy przystępuje do akcji zrzucania zbędnych kilogramów, w sposób humorystyczny opowiada znajomym i przyjaciołom o kolejnych cud dietach, które testuje, zestawach ćwiczeń, którymi się torturuje i medytacjach oddechowych, które śmiertelnie ją nudzą. Rozpoczyna je z każdym nowym rokiem, wiosną, jesienią i od niektórych poniedziałków. Bo Marta jest świetna w postanawianiu. Ekscytuje się, wręcz unosi się ze szczęścia nad ziemią, gdy czyta poradniki, serfuje po internecie, śledząc fora, przeszukuje sklepy ze zdrową żywnością. Szykuje się na nowe.

NAJPIERW JEST CUDNIE

– Lubię ten stan, czuję swoją moc. Za każdym razem naprawdę wierzę, że mi się uda – mówi Marta. – Zmiana, której chcę, wydaje się naprawdę możliwa do wprowadzenia w życie. Opowiada, że wyobraża sobie siebie szczupłą, najchętniej w dżinsach. Widzi się na zakupach, podczas których wybiera obcisłe bluzeczki w rozmiarze 38. Uśmiecha się do tych wizji, gotując na parze warzywa lub piekąc w foliowym rękawie niewielki kawałek schabu. – I zawsze następuje moment, w którym robi się zbyt ciężko – mówi Marta. – Boję się tego charakterystycznego ścisku żołądka, mdlącego uczucia głodu. Mam wręcz napady paniki. Marta zaczyna dojadać po dzieciach. Przecież nie wolno wyrzucać jedzenia. A dlaczego ma nie wpaść na imprezę do przyjaciółki, na której nie odmawia się sobie dodatkowej porcji risotta. Ciasto czekoladowe Anka piecze po prostu pyszne. Nie wypada odmówić. Czy po takiej przyjmności można wrócić do szpinaku jedynie lekko posolonego, nie doprawionego śmietaną? – To dla mnie zbyt okrutne i niesprawiedliwe. Bo co ja mam z tego życia? – mówi Marta.

Zaczyna kulinarnie szaleć. Zaprasza gości na wykwintne kolacje, wraca do niedzielnego pieczenia ciasteczek, wydaje okrągłe sumy w delikatesach. Znowu podjada i przekąsza od rana do nocy. – Czuję, że żyję, że jestem wolna. Robię to, co sprawia mi przyjemność – wyznaje. – Przekonuję siebie, że zasługuję na przyjemności. Że jeśli nie będa dla siebie dobra, to kto będzie dla mnie dobry? Z czasem jednak moje świetne samopoczucie się pogarsza. Dopadają mnie potworne wyrzuty sumienia. Krytykuję siebie za słabość, brak silnej woli, nazywam się tłustym potworem.

CZUJĘ SIĘ PODLE

Właściwie to chodzi nie tylko o odchudzanie. Marta co jakiś czas postanawia zmienić nie tylko cyferki na łazienkowej wadze. Chętnie też zmieniłaby pracę. Bo pracuje w tej samej firmie od wielu lat. W biurze, w administracji. Fakt, dobrze zarabia, ale marzą się jej podróże, praca z ludźmi, a nie papierami. Marta więc co jakiś czas postanawia doszlifować angielski. Wie, że jej jedynie podstawowa znajomość tego języka uniemożliwia realizację zawodowych pragnień. – Nie wiem dlaczego, ale nie mogę w tym wytrwać. Na kursach pojawia się opór przed wypowiadaniem się przed grupą, a indywidualne konwersacje zawsze w końcu mnie nudzą – opowiada Marta. Stwierdza, że jest już za stara na naukę, że ten poziom języka, który opanowała, jej wystarczy. Rzuca lekcje i, podobnie jak przy przerwaniu diety, czuje się wolna. Do czasu, kiedy nazywa się leniwym potworem, osobą pozbawioną talentu i ambicji.

– Wstydzę się, że jestem taka beznadziejna – mówi Marta. – Wpadam w jakąś czarną dziurę. Dopada mnie smutek, rozdrażnienie, złość. Ludzie mówią, że się nagle zmieniłam, bo najczęściej jestem rozgadana i uśmiechnięta. Marta jest lubiana za serce na dłoni. Wysłucha, doradzi, pocieszy. Dobra dla ludzi, obdarzona urokiem osobistym, taka jest o niej opinia. Sama Marta wcale nie uważa, że dołeczki w jej polizkach są urocze, ani że ma wyjątkowe poczucie humoru. Jej samopoczucie pogarsza się, gdy gwar ludzki wokół niej milknie. Ona czuje się otyła, niekochana, nieszczęśliwa.

MĘŻA TEŻ BY ZMIENIŁA

Wojtek nie jest dla Marty czuły. On nawet nie jest nią zainteresowany. Ma swoje sprawy – odpowiedzialną pracę w finansach a dla równowagi uprawia przeróżne sporty. A to zajmuje czas, dla żony zostaje niewiele. Marta czasem postanawia z nim szczerze porozmawiać. Nawet umie zrobić awanturę, czy obrazić się na kilka dni. To jednak nie daje efektu, nie przywraca zaangażonawania Wojtka sprzed lat. – Czasem chce mi się wyć z bólu, z samotności – mówi Marta. – Mąż jest tak odległy obcy, a ja nie mam odwagi się do niego zbliżyć. Powiedzieć co czuję, wyznać na co nie ma we mnie zgody, czym mnie rani. Ale chyba pogodziłam się z tym już. Jest jak jest. Nie mam szans zacząć życia od nowa.

Kiedyś Marta postanowiła iść na terapię. Żeby w końcu zrobić z tym wszystkim porządek. Zaczęła, owszem, jak kolejną dietę i kurs angielskiego. Dowiedziała się co nieco o sobie – o lęku przed konfrontacją, ryzykiem odrzucenia. O tym, że wpływ na jej otyłość może mieć fakt, że jako niemowlę została oddana przez matkę dziadkom, którzy miłość okazywali głównie przez przekarmianie. Nie bez znaczenia jest to, że ojciec Marty zostawił jej matkę dla innej kobiety. A nią interesował się okazjonalnie, jak dzisiaj mąż. A matka była wobec córki bardzo krytyczna i apodyktyczna. Marta nie ma kontaktu ze swoimi uczuciami, ma kłopot z wyrażaniem siebie i asertywnością. Tyle dowiedziała się od psychologa. Terapię przerwała.

DYSKUSJA DZIECKA Z RODZICEM

Według analizy transakcyjnej, stworzonej przez amerykańskiego psychiatrę Erica Berne’a, w każdym z nas mieszkają trzy subpostacie: Rodzic, Dziecko i Dorosły. Sterują one naszymi schematami zachowania i odczuwania. Dziecko pod wpływem impulsu, wiedzione piękną wizją końca, podejmuje szaloną decyzję, której nie potrafi zrealizować. Dla niego liczy się tylko tu i teraz, czyli doraźna przyjemność, a nie ta oddalona w czasie. I pewnie gdyby nie Rodzic w nas, postanowienia noworoczne i wszelkie inne byłby zarzucane w chwili pierwszego dyskomfortu, wynikającego z ograniczeń. Wspaniały cel na zawsze pozostałby odległy. Rodzic przypomina nam o nim. Stoi za plecami i surowo ocenia wszystkie wpadki, każde ciastko zjedzone na diecie, każdy przerwany kurs angielskiego, każde niezrealizowane zadanie. I wtedy Dziecko w nas czuje się jeszcze gorzej. Nie dość, że coś mu się nie udało, staje się podmiotem bezwzględnej krytyki. Rodzic wewnątrz nas bynajmniej nie jest wyrozumiały. To tyran, który nie uwzględnia okoliczności łagodzących. Dla niego liczy się jedynie cel. Każde odstępstwo jest przyznaniem się do słabości. Nie ma dla potknięć Dziecka litości. On pragnie wychować człowieka ze stali, bo tylko takie jego zdaniem poradzi sobie w świecie. Relacja pomiędzy Dzieckiem a Rodzicem może odzwierciedlać najgorszy model naszej relacji z dzieciństwa. Ponieważ jednak mechanizm ten odtwarza się na poziomie nieświadomym, nie jest łatwy do zauważenia.

Kiedy Marta planuje odchudzanie, widząc siebie szczupłą i atrakcyjną, przemawia przez nią Dziecko, które potrafi marzyć. Cechuje je dynamika działania zrywami. To Dziecko w niej wyobraża sobie, że kupuje obcisłe ubrania, ma fantazje o pracy pilota wycieczek, podpowiada, że męża najlepiej zmienić, skoro jest taki nieczuły. Można domyślać się, że Dziecko w Marcie przerwało terapię, bo nie dostało wizji szybkiego osiągnięcia dobrostanu, a jedynie program pracy, którą musi wykonać. Rodzica w bohaterce poznajemy natomiast po klasycznych „dobrych radach”, które pojawiają się w relacji Marty: nie wolno wyrzucać jedzenia, nie wypada odmówić. To typowe hasła Rodzica, suma ogólnych społecznych prawd i przekonań przekazywana z pokolenia na pokolenie. Najczęściej zbędnych, bo ograniczających. Rodzic Marty odzywa się również krytycznym, wręcz bezwzględnym głosem, kiedy Marta nazywa się tłustym, leniwym potworem, gani za brak ambicji, urody. W efekcie nie potrafi zawalczyć o szczęśliwy związek, satysfakcjonującą pracę czy szczupłą sylwetkę.

NA SCENĘ WKRACZA DOROSŁY

Gdybyśmy mieli w sobie tylko Dziecko i Rodzica, pewnie nigdy nie wyszlibyśmy poza fazę ścierania się sprzecznych aspektów człowieka. Szczęśliwie jest jeszcze Dorosły. To część nas, która jest mądra, doświadczona, zna możliwości i ograniczenia swojego „właściciela”.

Dorosły przygotowuje plan działania, który jest ambitny, ale realny do wykonania. Stara się skwantyfikować cel, czyli dookreślić go. Dorosły jest elementem wnoszącym świadomość. Może ocenić zapał Dziecka, a jednocześnie utemperować nieco oczekiwania Rodzica. I zamiast postanowień, że za pół roku będę szczupła, pojawia się postanowienia do końca roku zgubię 7 kg. Dorosły jest na tyle rozsądny, że stosuje metodę małych kroków, czyli opracowuje cele pośrednie, za których realizację zawsze się nagradza. Nagroda to istotny aspekt pracy z celami. Przy osiągnięciu każdego etapu (np.: strata pierwszego kilograma, wytrwanie na zajęciach z angielskiego przez trzy miesiące) obdarowuje się. To może być drobiazg, ale taki, który ucieszy Dziecko. Albowiem to ono jest odpowiedzialne za aktywność, ruch, siłę działania. Dorosły jest bardziej wyrozumiały niż Rodzic. Kiedy zdarzy się wpadka, podchodzi do tego spokojnie. Nie uogólnia, nie krytykuje, nie załamuje się, tylko przechodzi nad tym do porządku dziennego i idzie dalej. Dorosły jest także na tyle zapobiegliwy, że potrafi stworzyć plan awaryjny. Czyli potrafi wymyślić sposób postępowania na wypadek kłótni z mężem, problemów w pracy, gorszego samopoczucia, kiedy to odkładamy na bok wszystkie postanowienia i sięgamy po czekoladę lub w inny sposób zapadamy się w siebie.

Wbrew pozorom Dziecko z Rodzicem stanowią dobraną parę. Rodzic poucza, a Dziecko jak to dziecko, wysłuchuje. W tym trójkącie outsiderem jest Dorosły, który odważa się na polemikę zarówno z Dorosłym, jak i z Dzieckiem. Widzi słomiany zapał Dziecka oraz schematyczność Rodzica. Ostrzegam jednak przed zbyt szybkim pozbyciem się któregoś z aspektów, szczególnie przed wylaniem Dziecka z kąpielą. Bo każda część nas jest nam potrzebna w jakiś sposób. Jeśli ją wykorzystać we właściwym celu, zaprząc do pracy – sukces murowany. Dorosły, choć jest taki mądry, przewidujący i świadomy sam nie da rady ruszyć bryły z posad.

Żeby Marta mogła zacząć dietę, terapię, lekcje angielskiego, rozmowy z mężem – potrzebuje zgodnej współpracy trzech znanych nam już subpostaci. Plan jest taki – od Dziecka niech weźmie wizję i odwagę. Rodzic będzie odpowiadał za konsekwencję a Dorosły zadba, żeby Rodzic z Dzieckiem mogli razem działać zamiast się na siebie obrażać. Ale żeby ten scenariusz mógł się zrealizować – Dorosłe Ja Marty musi być aktywne. I tu jest sedno problemu, bo jej Dorosły zapadł w letarg. Stało się to najprawdopodobniej w momencie, kiedy ojciec Marty odchodził do innej kobiety. Pozbawiona wsparcia w tak trudnym momencie emocjonalność Marty została niejako zamrożona. Zatrzymała się na etapie Dziecka. Zabrakło wyjaśnień, przedstawienia argumentów obu stron, zrozumienia. Zabrakło w jej otoczeniu prawdziwego Dorosłego. I tak często jest, że dzieci są wychowywane przez inne Dzieci. Osoba z syndromem Dziecka postrzega świat monochromatycznie. Ludzie są źli albo dobrzy, głupi albo mądrzy. Nie ma cieni, szarości, normalności. Dlatego też w przypadku Marty, jedno odstępstwo od diety, przesądzało o tym, że rzucała w kąt całe to odchudzanie. Podobnie było z innymi projektami. Mojej 4-letniej córce wystarczy, że raz kolorując obrazek raz wyjedzie poza linię – gniecie kartkę i wyrzuca ją. Projekt niedoskonały nie ma prawa istnieć. Tak zachowuje się Dziecko i ma do tego prawo. Chyba, że ma więcej niż 30 lat. Wtedy warto się zastanowić, czy to Dziecko wewnątrz nas nie przejęło nad nami kontroli.

Historia Marty jest bardziej skomplikowana, niż tylko ustawienie odpowiednich proporcji pomiędzy jej wewnętrznymi bohaterami. Warto by się też przyjrzeć mechanizmom dostarczania sobie przyjemności. Marta dość wcześnie została pozbawiona poczucia bezpieczeństwa, jaką daje bliskość z rodzicami. Zamiast pierwszogatunkowej miłości otrzymała produkt miłościopodobny – jedzenie. Prosty i jakże uroczy sposób, żeby wyrazić uczucie. Jeśli jednak jedzenie jest jedynym sposobem okazywania miłości – obdarowany zostaje zamieniony w ofiarę. Żeby się tym problemem, problemami zająć przydałby się ktoś do pomocy. Może kolejny terapeuta nie jest dla niej najgorszym rozwiązaniem. Jak jednak sprawić, żeby Marta odważyła się dać sobie jeszcze jedną szansę? Pierwszym krokiem ku temu będzie wniesienie świadomości – zrozumienie, co się z nią dzieje, co nią powoduje i dlaczego podejmuje takie decyzje. Wiedza na temat mechanizmów, które rządzą jej wyborami, może pomóc uratować wewnętrzne Dziecko, które kiedyś zostało porzucone. I to wielokrotnie – najpierw przez mamę na rzecz dziadków, później przez ojca, a teraz przez męża. Wtedy jednocześnie Bezwzględny Rodzic przestanie obrzucać obraźliwymi epitetami a Dorosły wydorośleje.

Aby zrozumieć jaka obca siła rządzi moimi życiem i aby dać sobie wsparcie w odnajdywaniu drogi do własnej tożsamości, można skorzystać ze wsparcia zewnętrznego: warsztaty, psychoterapia, coaching, kręgi kobiet, mądre czasopisma, książki, ludzie. Wszystko może być impulsem do zmiany, po której trzy jakości: Dziecko, Rodzic oraz Dorosły dopełnią się wzajemnie.

tekst: Aleksandra Nowakowska

komentarz: Beata Markowska

TEKST UKAZAŁ SIĘ W STYCZNIOWYM NUMERZE
magazynu psychologicznego SENS

Jedna odpowiedź do “POSTANAWIAM, ŻE …”

  1. Marzena pisze:

    Postanawiam, że cokolwiek postanowię i tak sie nie zmieni. Chciałabym zmienić moje życie o 360 stopni ale nie da sie.
    Czytam i czytam i na czytaniu się kończy.Tak właśnie tak………jest do d….

Dodaj komentarz

Ta strona używa cookies.

Czytaj więcej na temat polityki cookies.