NIEPOSKROMIENIE ZŁOŚNICY - Solaris - rozwój osobisty

NIEPOSKROMIENIE ZŁOŚNICY

Zdarzył się taki tydzień w moim życiu, że jednego dnia wysiadła pralka, drugiego padł zawirusowany komputer, a trzeciego szambo podeszło do poziomu krytycznego. Serwis komputerowy orzekł, że naprawa zajmie 2 tygodnie. Pralkę spisaliśmy na straty. Najgorsze było to, że firma zajmująca się wywozem przestała być osiągalna, zniknęła, zamknęła działalność. Mało mnie gówno wtedy nie zalało! Dosłownie i w przenośni. Tego samego dnia w samo południe rozpętała się wielka burza, po której padł prąd i zasięg komórki. Bez telefonu, komputera, dostępu do Internetu, na mojej kochanej wsi byłam zupełnie odcięta od świata. Mąż w rejsie, a ja wysyłałam rozpaczliwe prośby do Świata: HELP! HELP!!

Wyższa instancja widać zajęta była poważniejszymi sprawami niż moje gówniane problemy, więc żaden rycerz na horyzoncie nie pojawił się ciągnąć za sobą beczkowóz z napisem „Szambo”.
Desperacje moja sięgnęła dna następnego dnia, kiedy rzeczony mąż, właśnie przybyły z rejsu dalekomorskiego, opalony i wypoczęty rzucił w moją stronę uwagę, że niepotrzebnie wyrwałam jakieś tam chwasty, które jemu akurat się podobały. Spędziłam cały weekend walcząc ze szkodnikami i jeszcze dostałam za to burę. W bardzo nieodpowiednim momencie przyszła ta krytyka.
Obudziła się we mnie dzika pantera. Wykrzyczałam do męża, co myślę o jego krytykanctwie, o tym jak czuję się beznadziejna w jego towarzystwie, że dzięki takim uwagom czuję się winna za wszystkie niepomyślne sprawy z gradobiciem włącznie. A przecież jestem inteligentną osobą, sympatyczną, dobrą i z poczuciem humoru. Dlaczego więc przy własnym mężu czuję się głupia i nieatrakcyjna? Zresztą „dlaczego?” nie jest właściwym pytaniem. Powinnam zapytać siebie, dlaczego ja dalej to toleruję?

Na zakończenie mojej tyrady zapowiedziałam, że już nie chce mi się szukać pokojowych rozwiązań dla naszych nieporozumień. Mam dość samotnego zabiegania o ład w związku. Jeśli ukochany mąż chce, żeby nasza relacja przetrwała niniejsze tornado, musi sam zawalczyć. Ja nie zrobię nic. Jeszcze dwa razy upewniał się, czy naprawdę nie będę się starać o przetrwanie związku. Za każdym razem potwierdziłam, że nie. Wyszedł jakby miał więcej nie wrócić.

Pod wpływem uwolnionych emocji, zaczęłam się lekko trząść. Postanowiłam się uspokoić. Od dziecka najbardziej kojąco działa na mnie szum pralki. Poszłam więc zrobić pranie, zupełnie zapomniawszy, że pralka nie działa. Wtedy nastąpił pierwszy cud. Pralka zaczęła pracować, jakby nigdy nic. Nieco mnie to zastanowiło, ale przecież nie takie rzeczy się zdarzają, więc nie poświęciłam tematowi zbytnio uwagi. W tym momencie do drzwi zastukał Pan od szamba. W jaki sposób dowiedział się o naszej śmierdzącej potrzebie, do dziś nie wiem. Byłam tak rozanielona jego niespodziewanym pojawieniem, że nie zapytałam o przyczynę tego cudu. Najważniejsze, że gówniany problem się rozwiązał.
Po południu wpadł przyjaciel rodziny, żeby obejrzeć mój komputer. Cierpliwie Krzyśkowi tłumaczyłam, że nie mogę zostawić komputera na dwa tygodnie w serwisie, bo go potrzebuję teraz, już, natychmiast. Liczyłam na to, że w jakiś magiczny sposób uzdrowi mój komputer wcześniej. Krzysiek, w czasie mojej relacji bezwiednie walił palcami w klawiaturę, która z resztą nie działała. Walił w nią jak pianista wirtuoz na koncercie życia, niemniej jednak skutek był zerowy. Tak mi się przynajmniej wydawało. Po 15minutowym waleniu, nieżywy komputer nagle odpalił. Nasz zaprzyjaźniony fachura zajrzał w bebechy i stwierdził, że sprzęt ma się nieźle. Żadnego wirusa nie wykrył. Pomyślałam, że wirus, który zapewne jest powodem tragedii, jest cwańszy on niego i jak tylko Krzysiek wyjedzie, obezwładni mój sprzęt tym razem na dobre. Szczęśliwie następnego dnia laptop działał jak należy. Na wszelki wypadek zadzwoniłam do Krzyśka z pytaniem, co mam zrobić, jeśli historia się powtórzy. Odpowiedział mi zdziwiony: „A skąd mam wiedzieć? Przecież ja nic nie zrobiłem. Klepałem tylko w klawiaturę rozmawiając z tobą. Więc jak znowu będziesz mieć problem- zrób to samo – wal po klawiszach!”.
Nie jest to bynajmniej przypowiastka o sprzętach AGD, ani serwisach komputerowych, a tym bardziej o szambie. Jest to opowieść o złości.
Wyraziłam złość, która tamowała przepływ energii. Natychmiast sprzęty, które są odzwierciedleniem naszej wewnętrznej kondycji cudownie ozdrowiały. Wystarczyła zdrowa awantura i nie trzeba było mechaników. Co za oszczędność!
Skumulowana złość niszczy nie tylko sprzęty. Wyczerpuje nasze zasoby energetyczne, które zamiast iść na życie idą na tłumienie naszego gniewu. Tłumiony gniew obezwładnia naszą wolną wolę i przyrodzone prawo do cieszenia się życiem. Niewyrażona emocja blokuje przepływ energii życiowej. Pięknie jest wybaczać, ale jeszcze piękniej jest się godzić po dzikiej awanturze. Po burzy nie tylko powietrze jest oczyszczone. Po burzy czyści się także nasze serce. Moja wyparta złość na męża domagała się wyrażenia, chciała abym dała jej upust. Ja tymczasem rozkładałam każdą sytuację na czynniki pierwsze i odkrywałam, „czego mnie uczy ta sytuacja, co chciał wyrazić mój mąż, jakiego mojego problemu to dotyka, co mi pokazuje moje lustro?…” itd., itp. Moje ciało domagało się uwolnienia od toksyn, które trzymałam w sobie. Świat krzyczał do mnie poprzez zepsute sprzęty: Zezłość się kobieto, powiedz, że cię to denerwuje, że czujesz się upokorzona, że nie godzisz się na takie traktowanie. Wyraź tę emocję, tak jak potrafisz: krzycząc, płacząc, wyjąc. Przestań chować to w sercu, bo twoje serce już nie może dłużej przechowywać cierpienia. Zlituj się nad nim.

Niewyrażona złość nie znika, nie rozpływa się w niebycie. Dalej jest i niszczy Cię od środka. Zarażasz nią innych. Czy tego chcesz dla swoich dzieci? Chcesz je nauczyć oszukiwania samych siebie? Oszukiwać innych jest źle, a oszukiwać siebie – dobrze? To jest takie samo przestępstwo, tylko że popełnione w białych rękawiczkach. Przestępstwo doskonałe. Prawie. Kilku moich przyjaciół odeszło z powodu raka, białaczki, innych chorób. Dla nich było za późno na wyrażenie żalu, gniewu, niezgody. Wyrażajmy złość. Nie czekajmy na przyzwolenie do bycia wściekłą tygrysicą. Jest w nas dzika kobieta, która jest dumna i harda. Jest odważna i silna. Tylko trzeba jej ściągnąć te kajdany grzeczności.
Jeśli któraś z Was chciałaby potrenować na sucho, zapraszam do ćwiczenia w wyrażaniu złości.
Napisz list do osoby, która jest powodem twojego napięcia. Wywal wszystko, co sądzisz o niej, o tym co zrobiła, robi Ci, jak się z tym czujesz. Jeśli masz ochotę – użyj języka nieparlamentarnego. Włóż w pisanie swoje emocje, uwolnij je, pozwól żeby rozlały się po papierze szeroką falą. A potem spal list, lub podrzyj i wrzuć do toalety, albo opraw w ramki. Zrób z listem to, co będziesz czuła, że jest dla niego odpowiednie. Sprawdź, jak się z tym czujesz.
Przygotuj poduszkę, lalkę bądź jakikolwiek przedmiot, który będzie imitował obiekt twojej złości. Znajdź taki przedmiot, którego nie będzie Ci żal, gdy „niechcący” go zniszczysz. Przypomnij sobie kogoś, kto ostatnio wyprowadził Cię z równowagi, albo kto systematyczne Cię denerwuje. Jeśli nie możesz zidentyfikować osoby, bo winne są okoliczności, możesz spersonifikować swojego „pecha”, albo swoją „parszywą drogę życiową”, bądź cokolwiek innego wedle potrzeby. A teraz odtwórz w pamięci tę sytuację, lub kilka bolesnych zdarzeń i pobądź przez chwilę w nich, niech jad się zacznie sączyć. Ten jad do tej pory zatruwał twoje serce, pozwól mu więc wypłynąć. I uderz w ten przedmiot. Uderz raz, potem znowu raz, a potem wal w niego bez pamięci. Rzuć nim. Wyładuj na nim całą swoją frustrację, gniew, żal, rozpacz, nienawiść, złość jaką nosisz w sobie.

Często zdarza się, że to do siebie mamy największe pretensje, siebie obwiniamy za szereg zdarzeń. Pomijając kwestię słuszności takiego rozwiązania – proponuję uwolnić te emocje, robiąc powyższe ćwiczenie ze sobą w roli głównej. Dobre efekty przynosi włączenie do pracy lustra. Wyrzuć, co sądzisz o sobie do swojego odbicia w lustrze. Ćwiczenie przynosi niesamowite, zaskakujące efekty.
Dodam tylko, że ćwiczenie należy przeprowadzić z wolą odkrycia sobie i światu prawdziwej złości. Kontrolowanie siebie w takiej sytuacji niweluje efekt katharsis.
Dla osób, które potrafią wykrzyczeć swoją złość w twarz sprawcy złości: zadbaj o bezpieczeństwo emocjonalne drugiej osoby. Zakończ swój występ przeprosinami. Najprostsze są najbardziej skuteczne, np. „Przepraszam, niepotrzebnie uniosłam się”.

Na zakończenie mam dla ciebie jeszcze jedno pytanie: jak wyobrażasz sobie udany związek? Jaką masz przed oczami wizję, kiedy myślisz o twoim szczęśliwym związku?
Podam ci parę własnych przykładów: Chcę mieć z moim mężczyzną porozumienie duchowe, będziemy dużo rozmawiać, chcę, aby łączyła nas wspólna pasja, świetnie się rozumiemy, potrafimy rozmawiać o trudnych sprawach. Nawet jeśli różnimy się poglądami, nie robimy z tego oręża. On zabiega o mnie, czuję się przy nim bezpieczna ze wszystkim co robię. Bez skrępowania okazuję radość, mamy wspólnych przyjaciół, z którymi uwielbiamy spędzać czas. itd., itp.
Pomyśl o kilku własnych odpowiedziach. Jestem pewna, że znajdzie się ich nawet więcej niż kilka.
To są tzw. mity relacyjne. Mity często są przekazywane w tradycji rodzinnej. Szczególnie mit szczęśliwego małżeństwa, które się nie kłóci. Dzięki temu mitowi nie rozwiązujemy problemów rozmową, tylko fundujemy sobie ciche dni, które przeradzają się w cichą wojnę. A nie ma wojny bez ofiar! Z wojny nikt nie wychodzi wygrany.
Jeśliby przyrównać naszą troistą naturą, na którą składają się ciało, umysł i emocje, do wiejskiego wozu, to nasz umysł byłby woźnicą, ciało – wozem, a koń to nasze emocje. Kto ciągnie nas do przodu? Koń. Woźnica sam nie pociągnie wozu. Więc daj upust swoim emocjom.
Chyba, że zależy Ci na tym, aby utrzymać aktualne status quo. Jeśli tak jest i jesteś z tym szczęśliwa, to Droga Czytelniczko, życzę Ci siły, bo niewątpliwie się przyda.

Beti Markowska

Dodaj komentarz

Ta strona używa cookies.

Czytaj więcej na temat polityki cookies.