Inne ciekawe nauki - Solaris - rozwój osobisty

Inne ciekawe nauki

– Dalej rozpoczną się pytania ode mnie. I pierwsze z nich będzie takie: Pragnę jeszcze więcej wiedzieć na temat reinkarnacji. A na wstępie pragnę spytać się Aberamentho, czy przed swoim słynnym wcieleniem w Jezusa, był na Ziemi w ciałach innych ludzi i czy patrząc z naszego punktu widzenia, będzie inkarnował w przyszłości?
– O, w Jego przypadku to się zdarza bardzo rzadko, ale każde przyjście jest bardzo wymowne. Za każdym razem kończy się osiągnięciem stanu Chrystusowego. Czyli jakby najwyższego stanu, jaki człowiek jest w stanie tutaj przeżyć świadomie – na poziomie fizycznym i duchowym. Niewielu, niewielu tego doświadcza. Zawsze, w jakichś równych, odległych odcinkach czasu, w cyklach dwutysięcznych, pojawia się ktoś taki. Był wcześniej i będzie jeszcze. Był w Ameryce wśród Indian wcześniej. Tutaj teraz, o! Na przykład Bliski Wschód. I ma się objawić niedługo ponownie. A też to nie będzie długi okres pobytu. Za każdym razem są to krótkie okresy pobytu. Właśnie, bo On jest przypomnieniem, że każdy z nas powinien dążyć do tego stanu Chrystusowego. On jest właśnie tym przypomnieniem. To jest Jego rola. No najbardziej krwawe to było właśnie to ostatnie. Ale były takie czasy. Czasy barbarzyństwa. A więc ten dramat musiał właśnie podlegać tej rzeczywistości, którą zastał. Dlatego się to stało, jak się stało. To było w tamtej kulturze, takie obyczaje, a nie inne. Właśnie coś… Tak mówi jeszcze, że właśnie jego początkiem będzie to, że jakieś informacje zostaną udostępnione… Aha i jeszcze odkryte, które pozwolą ludziom zrozumieć jego istotę bycia dwa tysiące lat temu. Z jakich korzystał informacji, jakich możliwości, jakiej wiedzy. Ta wiedza jest na Ziemi gdzieś ukryta.
– Nie są to zwoje z Kumran?
– W piramidach, gdzieś głęboko pod piramidami. Niektórzy właśnie mają dostęp, ale to by wywołało niesamowity szok, jakby w tej chwili to zostało udostępnione. To by było takim samym szokiem, jak ujawnienie chociażby spraw związanych z UFO. To są informacje, to jest wiedza dużego kalibru. Tak, to jest pilnie strzeżona tajemnica. Tak samo, jak wielką tajemnicą są przepowiednie z Portugalii, tych dzieci.
– Z Portugalii, tak?
– Też nie ujawnione są pewne sprawy. Natomiast wewnętrznie niektórzy czują, czego one dotyczą. I ci, którzy twierdzą, że są zbliżone do… Właśnie – chociażby wiedzy o UFO, o przedstawicielach z innych wymiarów, to ludzie by tego nie zrozumieli, nie przełknęli.
– I przez to one muszą być ukryte jeszcze nadal?
– No ten problem też dotyczył Jezusa. On też nie mógł opowiedzieć, skąd jest.
– Rozumiem.
– Ale teraz będzie łatwiej. (…)
– Dobrze. Jeszcze takie pytanie do Aberamentho: Co chciałby powiedzieć o obecnie obowiązującej doktrynie katolickiej na temat reinkarnacji, oraz o stanie faktycznym na ten temat? Zakładając czyste intencje, oraz poszanowanie uczuć ludzi wierzących.
– Stan faktycznie jest taki, jaki jest. Jest to wola ludzi. I nie ich winą jest to, że są cały czas manipulowani. Ale są jednostki, które między wierszami jeszcze potrafią wyszukać sens, istotę tego, że w wędrówkę dusz, reinkarnację wierzono po jego odejściu jeszcze trzysta lat. I to była jedna z naczelnych doktryn, którą wyznawali w tamtych czasach chrześcijanie. Natomiast niektóre nauki mówią w sposób zakamuflowany o istocie reinkarnacji. O, przyjdzie sądzić, czy przyjdzie Bóg sądzić żywych i umarłych. Żywych wiadomo, a umarłych? A więc tych, którzy byli, ale te słowa nie są, nie oddają… – oj, nie wiem, jak to powiedzieć – nie oddają tego sensu, o którym mówią, bo chodzi o to, że my na bieżąco sami z sobą jesteśmy rozliczani, dusza jako dusza. I to sądzenie to wynika z czego innego.
– Sami siebie osądzamy, tak?
– Dokładnie. I sami sobie wystawiamy cenzurkę, tylko tyle, że jesteśmy nie tyle kontrolowani, co jak gdyby zabezpieczani. Bo nami się opiekują ci, którzy są w wyższych wymiarach. Ale to my sami sobie wydajemy świadectwo, cenzurkę i sami stwierdzamy, czy dokonaliśmy tego, co zamierzaliśmy, czy też nie. Ale nigdy siebie nie osądzamy w ten sposób, żeby siebie ganić, krzywdzić czy karać. Bo nie ma kary, nie ma ganienia.

– Dochodzę do pomostu. Właściwie to jest takie molo. Przy nim zacumowane są też różne łódki, żaglówki. I na samym końcu tego molo ustawiony jest taki okrągły stół. Całe molo jest białe. Stół, siedziska też są białe. Siedzi tam Al…. oj, ale to jest niesamowite. Albercik siedzi.
– Albert siedzi?
– Tak. Khenzo, Rafaello i Mistrz.
– Mistrz Aberamentho?
– Tak
– Tak? Cztery postacie są?
– Aha.
– I ty do nich przyszedłeś?
– No tak, ale Albert ma zoraną twarz. Taką pomarszczoną w zmarszczki.
– Tak, martwi się czymś?
– Nie, on tak wygląda. Nigdy takiej twarzy nie widziałem. No bardzo taka poorana zmarszczkami.
– Może się czymś martwi?
– Nie, taki jakiś zgarbiony, tak jak już… a może się martwi? Nie wiem. Ale jest taka cisza, spokój. Morze jest takie spokojne, może to jest ocean, nie wiem, ale ten ogrom wody jest właściwie niewzruszony. Praktycznie żadnej fali nie ma. Wszystko stoi w miejscu. No taki sielankowy nastrój. Siadam też.
– Na czym siedzicie?
– A są to krzesła składane, takie campingowe.
– Stół też jakiś jest?
– Okrągły, tak. To jest stół, przy którym może usiąść nie tam sześć osób, ale dwanaście, może osiemnaście. Na samym końcu molo właśnie jest ustawiony.
– Dobrze. I co dalej się będzie działo?
– Delektujemy się tym powietrzem, tą przyrodą, tym spokojem. Praktycznie, jak w raju sielankowym – spokój, cisza. Chciałoby się, żeby to trwało, trwało. Jest super.
– Czy ktoś z Nauczycieli chciałby nam coś powiedzieć, udzielić jakichś lekcji, nauk?
– Właśnie Albert jest pochylony w takiej pozycji jakby miał jakieś problemy z kręgosłupem, jakby nie mógł się wyprostować. Coś tam mamrocze. Właśnie mówi, że trzeba nowe obliczenia zrobić, że trzeba coś przetransformować, przeliczyć, bo tak dalej być nie może, że trzeba coś zmienić, bo to wszystko nie poszło tak, jak powinno iść. W tym kierunku, który… ale kto sobie… Nie wiem, o co tam chodzi, do czego on zmierza. Że jakieś obliczenia się nie zgadzają, że trzeba to wszystko zmienić, bo ludzie na psy schodzą. Nie tak miało być?
– Tak? I cierpi z tego powodu?
– No tak.
– I przez to może ma taką twarz pooraną?
– Może tak. Bardzo przeżywa. Nie to, że jest niezadowolony, ale bardzo to przeżywa. I to jest chyba to, co go gryzie.
– O jakich obliczeniach mówi? O tych, co on zapoczątkował, czy o jakichś jeszcze innych, następnych?
– Następnych – to, co teraz na bieżąco się dzieje.
– Tak?
– Bo wbrew temu, co się sądzi, można matematycznie zaprojektować, wyliczyć praktycznie każde zdarzenie. Gdzieś trzeba zrobić jakieś wyrwy, wstawić nowe obliczenia, bo nie idzie to wszystko w takim kierunku, jak miało iść. Tak jakby to chodziło o jakąś zmianę, manipulację, nie wiem. Coś trzeba by było, z czegoś zrezygnować i coś uratować. Coś zmienić, coś polepszyć, udoskonalić. Właśnie pyta, czy zdajemy sobie sprawę, że to dotyczy każdego z nas z osobna i wszystkich, ogółu jako jedności. Że mamy sobie wreszcie to uświadomić, że trzeba to wszystko przeprojektować, pozmieniać, zrobić rachunek sumienia. To znaczy, zmienić te liczby, zrobić nowe wyliczenia, czyli iść nową… Wybrać ścieżkę, nową drogę. Kurcze, jakieś to takie dziwne… dziwne podteksty, nie bardzo rozumiem. Ale o to chodzi, tak.
– O to chodzi?
– Tak.
– Kierunek nauki zmienić w stronę bardziej uduchowioną? Czy o to chodzi?
– Wszystko.
– Nie tylko naukę? Wszystko?
– Dokładnie, wszystko!
– Kierunek, w jakim świat zmierza obecnie, czy tak?
– Tak, bo to się też źle odbija na przyrodzie, to źle się odbija na samej Ziemi i to się źle odbija na nas, na naszych ciałach, na naszych umysłach. Że te dusze to wyją, płaczą. Że setki milionów są uwięzione w tych ciałach i bardzo cierpią i to też ma swój wpływ na stagnację, cofanie się wstecz. Znaczy nie ma tego rozwoju, to jest właściwie tylko cofanie się w czasie, w rozwoju. To trzeba coś z tym zrobić. Trzeba na nowo projektować tę naszą rzeczywistość indywidualną i tą zbiorową. Ale to tylko my sami możemy temu zaradzić. No i są tacy, którzy mają takie instrumenty, takie możliwości. Jak naukowiec ma laboratoria, ma swoich współpracowników, tak ci, którzy mają… Są przywódcami religijnymi, duchowymi mają takie same możliwości, tylko jest kwestia, jak wykorzystają te swoje zdolności czy te narzędzia, którymi operują. Jest tym zmartwiony, nie tylko on, ale takich konstruktorów, takich badaczy jest bardzo, bardzo wielu, którzy też nad tym boleją.
– A jaką On widziałby naszą rolę w tym wszystkim?
– Chodzi o to, żeby bardziej być odważnym.
– Bardziej odważnym?
– Tak. Po prostu pewne sfery życia szybciej się rozwijają niż można przypuszczać.

– Może ktoś jeszcze chciałby udzielić jakichś nauk, lekcji z tego grona, w którym teraz jesteś? A może Uri i Ori coś będą chcieli mówić?
– Nie, oni po prostu tylko towarzyszą. Tak oni tylko towarzyszą. Dlaczego jest wybrany taki plener?
– Tak? Właśnie, powiedz.
– A te drzewa, to są drzewa kokosowe. Właśnie, dlaczego te drzewa, dlaczego akurat taki, nazwijmy to, gaj drzew kokosowych?
– No właśnie, opowiedz o tym.
– Że nawet w niesprzyjających warunkach, w jałowej ziemi, w piasku wyrasta takie potężne drzewo, które daje owoce, które mają wszechstronne zastosowanie i można z tych owoców, z tego orzecha zrobić wiele rzeczy. Oprócz produktów żywnościowych, artykuły codziennego użytku. Można z nich zrobić setki rzeczy. Tak samo nasze idee mogą wyrastać na niekorzystnych warunkach, na jałowej glebie, ale mogą być to wartościowe i pożyteczne idee, czy formy przekazania tych idei. Tak samo jak kokosy. Te palmy kokosowe. Każde warunki są dobre, każdy czas jest odpowiedni, nigdy nie jest za późno, nigdy nie jest za wcześnie. Bo nie ma czasu. Wszystko jest we właściwym czasie zrobione. Jeżeli jest jałowa ziemia, ten piasek, na którym wyrasta tak wspaniałe drzewo, tak samo i w naszym życiu, w najmniej korzystnych warunkach, mogą wyrastać piękne idee. Trzeba o tym wiedzieć, trzeba pamiętać, nie czekać, że jutro będzie lepiej, będą sprzyjające, korzystne warunki, no to coś tam zrobię. Albo od jutra przestanę na przykład palić, jeść słodycze. Od jutra, jak przestanie padać deszcz, wezmę się za coś tam. Albo za tydzień zacznę medytować, bo będę miał sprzyjające warunki. Powinno się to zacząć we właściwym czasie i nie dbać o warunki zewnętrzne, bo one nie powinny mieć tutaj znaczenia. Liczy się intencja i to czy chcemy, a nie czekać na wygodnictwo, na sprzyjające warunki. To jest błąd. Właśnie chodzi o to, żebyśmy pamiętali o tym drzewie, że takie jedno nasienie, duże nasienie wydaje w takich warunkach takie potężne drzewo, z tak wspaniałymi owocami. Właśnie to poczucie czasu zawodzi nas, jest tak bardzo złudne, że po prostu – nie wiem, jak to powiedzieć – no… głupiejemy. I to jest najbardziej oszukańcza forma zwodzenia nas. Właśnie ten czas. Poczucie czasu, o! Przeszłość, przyszłość, teraźniejszość. Jutro będzie lepiej. Albo nie zrobię, bo mam pamięć przeszłości złą, niekorzystną, niewłaściwą, a więc nie potrafię, nie dam rady, bo miałem złe przykłady, coś tam nie wyszło, a więc… To nie jest prawda – Tu i Teraz jest wszystko możliwe. Dojście do wyżyn intelektualnych, czy wyleczenie się nawet z największej przypadłości, z największej choroby. To tyle.

– Khenzo się pyta właśnie, dlaczego do nich nie dołączyłem, nie byłem w saunie, żeby oczyścić ciało. A ja mówię, że wolałem oczyścić swoje serce, swój umysł, będąc w tej galerii, medytując ten obraz. Że to mi więcej dało niż, nie wiem, no bycie w saunie, czy nawet kąpiel w tej rzece, która niżej przepływa. No, ale tego nie komentują. W końcu mam wolny wybór.
– Co też dzisiaj twoi Nauczyciele mają tobie do powiedzenia, nam do powiedzenia?
– No, że ten wybór był moim wyborem i był dobrym wyborem, bo wybierając z dwóch możliwości albo oczyścić ciało, albo oczyścić umysł, serce, to właściwsze to drugie jest bardziej wartościowe. I z tego więcej wypływa pożytku. W tej ilości wyborów, które możemy dokonywać, trudno się rozeznać, który jest bardziej właściwy, patrząc tylko z jednego punktu widzenia. I każda możliwość, każde zdarzenie może nas doprowadzić do upragnionego celu i nawet z tej najtrudniejszej sytuacji można wybrnąć i odnieść szalony sukces. Ale trzeba mieć czyste serce, czysty umysł i szlachetne pobudki. To tak jak w galerii z tysięcy różnych obrazów wybieramy ten jeden, który nam najbardziej odpowiada. I często nie rozumiemy, dlaczego akurat to nam się podoba, a inne nie. I po jakimś czasie, jeżeli pracujemy nad naszymi zdarzeniami, rozumiemy, dlaczego tak się stało, a nie inaczej. Staramy się z tego wyciągnąć wnioski, lekcje i okazuje się, że to złudzenie, że dokonujemy wyboru. Przy pomocy jakiegoś wysiłku, zastanawiamy się, analizujemy. Ten wybór został już dawno dokonany w jednym czasie, w jednej sekundzie. I on jest najbardziej właściwy. Tylko możemy ten wybór wymienić na inne zdarzenia i te inne wybory, inne zdarzenia mogą być mniej wartościowe i mogą nas doprowadzić do kłopotów, do miejsca, gdzie niczego nie osiągniemy, a możemy tylko napytać sobie biedy. A więc najważniejszy jest ten impuls, ta pierwsza myśl. Ta, ta…
– Intuicja?
– Ta intuicja i nie ma co jej analizować. Nasz program wewnętrzny, on jest tak doskonały, że przychodzi zdarzenie i automatycznie musimy podejmować się roli podłączenia pod to zdarzenie, więc automatycznie reagujemy na to, co się dzieje. I wtedy jest nam łatwiej i jesteśmy na właściwej drodze. A jak zaczynamy analizować, zastanawiać się, to po prostu w naturalny sposób zostajemy odsunięci od tego źródła, które nas inspirowało i wytyczało ten jedyny właściwy dla nas kierunek. Nie możemy dać się omamić tym, co widzimy. Nie możemy dać się omamić tym, że nam się wydaje, że może to, może tamto, że będzie nam może lepiej, łatwiej. To jest samooszukiwanie się. Trzeba iść za tym impulsem, za tym pierwszym sygnałem i on jest najbardziej właściwym, on jest najbardziej czystym, on jest Boski. Bo ten program, który nosimy w sobie, on nas przygotowuje do tego, czy przygotował do tego, aby właściwie zadziałać, gdy przyjdzie taka chwila, taki moment. Dlatego idąc za tym głosem, za głosem sumienia, jak to niektórzy mówią, od razu na zasadzie pewności i zaufania postępujemy w miarę rozsądnie, właściwie. Nie sprzeniewierzamy się swojemu programowi, projektowi na to życie, na Tu i Teraz. Na te doświadczenia, które nam i tak będą towarzyszyć, jak nie w tym, to w innym świecie, w innym życiu. A tylko dlatego, żeby i tak zaliczyć ten program, który nam przynależy. A im wcześniej, tym lepiej. O! właśnie i też ważne jest to, żeby nie bardzo wierzyć temu, co się widzi, tylko bardziej ufać swojemu… Swoim uczuciom i odczuciom – czyli temu, jak my to wewnętrznie odbieramy, a nie – jak zewnętrznie – czyli jak oczy widzą. Oczy mogą nas nie doinformować do końca i możemy mieć niepełen obraz albo tylko obraz dotyczący tego zdarzenia, czy tych zdarzeń, które są na zewnątrz. Ważny jest ten obraz wewnętrzny. To odczucie, to podłączenie się do tego, co się dzieje, ogólne objęcie tego, co jest. I tak się powinno postępować – nie inaczej. Nie to, co widzimy, tylko wyobrażenie o tym, co widzimy. To, w jaki sposób odbieramy właśnie wewnętrznym okiem jest najważniejsze. I to, jak wewnątrz wartościujemy to, co nas od wewnątrz inspiruje i pcha do działań jest najważniejsze. A nie te wszystkie wrażenia zewnętrzne. One są ważne, ale nie mogą być dominujące. Jest wspaniałym upajać się pięknym widokiem obrazu, pięknym widokiem tego, co nas otacza, ale to tylko zmysły odbierają to, co jest na zewnątrz. Ważne jest to, jak przeżywamy i jaka jest jakość tego przeżycia. I co to może zmienić w nas samych, dokąd nas może doprowadzić i jakie z tego wyniesiemy korzyści dla samych siebie. No to właśnie, dlaczego wybrali saunę?
– No właśnie?
– Po prostu chcieli być tłem dla tego, co ja wybrałem.
– Pokazać inną alternatywę, tak?
– No tak. I chcieli też przez to… Właśnie, no tak. Chcieli też przez to pokazać, że jak się człowiek podejmie tej innej drogi, to, niestety, trzeba ją przerabiać, przeżywać w samotności. A jest to bardziej efektywne, a po drugie – mało ludzi rozumie, co się dzieje, jak należy to przeżywać, że trzeba mieć odpowiednie warunki. Że trzeba bez przerwy się doskonalić i dbać o swój poziom. I w tej samotności, w tej ciszy następuje ta prawidłowa walka i ona jest tą szkołą. Tą szkołą życia, tą szkołą wewnętrznego zdyscyplinowania. Tą szkołą charakteru, że nie możemy liczyć na pomoc z zewnątrz. Że to, co się dzieje na zewnątrz, nigdy nas nie dopinguje, tylko może nas zwodzić, odwodzić od tego, co robimy. Prawdziwy doping możemy znaleźć w nas samych. W tych miejscach, do których się dociera, w których spotyka prawdziwych przyjaciół. Że praktycznie oni są najważniejsi i nigdy, nigdy się nie zdarza, żeby zawiedli. Mogą być okrutni w swojej prawdzie, mogą być okrutni w swojej wiedzy i doświadczeniu, ale nigdy nie sprzeniewierzają się temu, co jest uniwersalne.
– Tej najwyższej prawdzie.
– Tak, a nie temu, co na zewnątrz. Na zewnątrz słońce wschodzi, zachodzi, przyroda się zmienia. Jest cieplej, jest zimniej, jest jaśniej, jest ciemniej. Zmieniają się ludzie, zmieniają się historie, ale tam wewnątrz jest wszystko niezmienne, jest takie samo. Dlatego to jest prawdziwe. Nie podlega tam nic czasowi. Tylko podlega jednej definicji, że jesteśmy wszyscy jednym i tym samym. Ale w tym samym czasie doświadczamy różnych aspektów tego życia i z zewnątrz, i wewnątrz. I w wieczności nie podlegamy też czasowi. Nie możemy być też niewolnikami tego, co na zewnątrz, ale to już wypływa z doświadczeń.
– Tak?
– I te doświadczenia w naturalny sposób nas odsuwają od tego, co na zewnątrz, albo to, co z zewnątrz odsuwa się od nas. I to jest ważne. A najważniejszą próbą jest to, gdy przestajemy się interesować tym, co jest na zewnątrz i przychodzi chwila, gdy to, co na zewnątrz, zaczyna się nami interesować. Wtedy jest ta próba sił. I wtedy albo jesteśmy zwycięzcami, albo nagle możemy się stać przegranymi. A jeżeli zwyciężymy, to już nas nic nie jest w stanie odwieść i nie ma takiej ceny, która byłaby warta tego, żeby zapłacić za nasz odwrót. I to jest to.
– I to jest to?
– Czuję się tam taki spokojny, taki pewny siebie. Tak.
– Doświadczaj. Co jeszcze mogą ci powiedzieć?
– Właśnie, żebym sobie uświadomił, że przyjdzie taki czas, taka chwila będzie, gdy już ich nie będę potrzebować. Gdy będą mogli powiedzieć, że jestem gotowy, abym ja ich mógł uwolnić od siebie. Tak jak to się stało z innymi moimi Gośćmi. Taki moment przyjdzie.

– Jesteś już w takim miejscu, gdzie czas ani przestrzeń nie obowiązuje. Rozejrzyj się wkoło i powiedz, co widzisz, czego doświadczasz w tym momencie?
– Siedzę w loży w teatrze. W innych lożach, na balkonach, naprzeciwko mnie siedzą różni ludzie, ale praktycznie ich nie znam. Na dole widać innych siedzących w rzędach, a na scenie odbywa się jakieś przedstawienie. Nie wiem, czy to jest opera, operetka czy teatr – trudno mi powiedzieć. W każdym razie – to, co się na scenie odbywa, jest pełne ruchu, kolorowe. Gra świateł, kolorów. Większość ludzi, jak zahipnotyzowana, wpatrzona jest w scenę, w to, co tam się odbywa. Tam wielki, wielki teatr. W loży, w której ja siedzę, panuje półmrok. Obserwuję tych ludzi, których mam na wysokości swoich oczu, naprzeciwko siebie i tych w dole. Praktycznie wszyscy z nich wpatrzeni są w to, co się dzieje na scenie, w sposób bardzo taki skupiony, praktycznie tak jakby byli zahipnotyzowani. Ja czuję, wiem, jestem przekonany, że oczy tylko obserwują, oczy tylko patrzą, natomiast chyba nie do końca rozumieją, co tam się dzieje. Ale to, co oczy wypatrzą, karmi to, co w nich w środku siedzi, czyli pobudza emocje. Jakby pobudzało ich ego i to ich chyba hipnotyzuje, to ich tak narkotyzuje, usypia i z tego powodu są szczęśliwi, bo nie muszą się wysilać nad zrozumieniem odegranych scen. Po prostu przyjmują to jako dobrą monetę i wierzą we wszystko, co widzą, co tam się dzieje. W łatwy sposób to przyjmują, w łatwy sposób to kupują. I z tego powodu są bardzo szczęśliwi. Dla mnie prawdziwym teatrem i sceną jest to, co się rozgrywa na widowni. Oni są dla mnie ważniejszymi aktorami. Absolutnie mnie nie interesuje to, co jest na scenie, te bogate stroje, ten blichtr, te światła, to, co tam się dzieje. Dla mnie jest ważne to, co jest w tych ludziach, co jest ukryte, co tam się rozgrywa. Myślę, że po to tam się zjawiłem, po to tam jestem. Mam świadomość, że tam w środku, w tych ludziach jest skarbnica. Jest wszystko to, co wystarcza, aby zrozumieć ten świat. Aby z pełnym przekonaniem i z pełną wiedzą wiedzieć, że to, co wychodzi i to, co wraca do człowieka, nie jest przypadkowe. I że to, co wychodzi z naszego wnętrza, ma bezpośredni wpływ na to, co jest wokół nas i to, co wraca później, ma wpływ na nas. Z jednej strony jestem przerażony tym, że prawie wszyscy wierzą w to, co tam się dzieje. Że to ich bardziej interesuje, to ich bardziej podnieca niż to, co się dzieje w tym teatrze, który mają wewnątrz siebie. Że zajmują się tym, co na zewnątrz i karmią się i żyją historią innych. Historią albo prawdziwą, albo wymyśloną, a nie zajmują się sobą, nie są w stanie odtworzyć własnych historii po to, żeby wyciągnąć z tego wnioski. Historii i relacji, które łączą ich na dobre i złe z tym, co na zewnątrz. I nie potrafią dostrzec tego, że ten świat wewnętrzny jest najważniejszy, a reszta, to, co na zewnątrz, to jest wielkim jakimś złudzeniem. Rzeczą, która tylko przysparza kłopotów, ale widocznie my lubimy kłopoty, my lubimy emocje. Lubimy żyć historiami innych, a nie potrafimy żyć własnym życiem, własnym odniesieniem do tego, co jest na zewnątrz. To, że nami kieruje coś albo ktoś, czego do końca nie rozumiemy i raczej nie wiemy, że jest – a można z tym się pogodzić, dogadać, spróbować zmienić. Przeraża mnie to, że odkrywamy historię innych, a nie potrafimy odkryć własnej, zrozumieć swojej historii, swoich odniesień do tego świata. Że te wewnętrzne przeżycia, wewnętrzna historia tak naprawdę, one mają decydujący wpływ na nasze życie, na naszą świadomość. Na nasze odniesienie w stosunku do tego, co na zewnątrz, a nie odwrotnie. Nie to, co na zewnątrz, bo to, co na zewnątrz tak naprawdę nie ma wpływu na nas. Tylko my sobie tak wyobrażamy, i wierzymy w to i to jest naszą tragedią. Jest to dobre miejsce, dobry punkt do obserwacji tego, co się dzieje. Dwa światy. Jest to dobre miejsce właśnie do obserwacji. Jest ze mną… Koło mnie siedzi… siedzi Mistrz i Rafaello… Rafaello i Mistrz. He, to jest dziwne zrządzenie, bo tamci ludzie wpatrzeni są w scenę, ja obserwuję pozostałych ludzi, a Oni mnie.
– A Oni ciebie?
– No właśnie, a Oni mnie. Ale numer. A Oni na mnie patrzą, Oni mnie rozgryzają, Oni mnie obserwują. A może Ich jeszcze ktoś inny obserwuje? No, to ciekawe…
– A może to jest taki twój mały egzamin?
– Nie wiem. Może i tak, może… Ale to wszystko, co się dzieje, to przyjmuję z takim stoickim spokojem. Ani mnie nie drażni to, ani denerwuje, że ci ludzie się zachowują tak, jak zachowują. Ani nie przeszkadza mi to, że akurat Rafaello i Mistrz patrzą na mnie, że mnie obserwują. Myślę, że to chyba jest naturalna kolej rzeczy, i że tak jest i już.
– Tak ma być.
– No właśnie – tak ma być. To i tak niczego nie zmienia. Życie sobie płynie, tylko pytanie i co dalej?
– Każdy coś innego wyniesie z tego życia, prawda?
– No dla mnie jest ważne to, co ja wyniosę. Chyba to jest zdrowe podejście. Bo dlaczego mam się przejmować tamtą sceną, albo tym, co przeżywają ci, którzy biorą udział w obserwacji tamtej sceny, a nie dbają o własny interes. I to jest chyba przerażające – chciałoby się powiedzieć: No, przebudźcie się, obudźcie się! Całe życie spędzicie na siedzeniu, utyskiwaniu, patrzeniu się na życie innych, a co z waszym?! Co z waszymi przeżyciami, co z waszym światem wewnętrznym, a ten zewnętrzny?! No cóż – jest, jaki jest i nie mamy na niego wpływu. He, ciekawe to jest. Teatr w teatrze, a w tym teatrze jeszcze jeden teatr.
– Czy nie chciałoby ci się wykrzyczeć takich słów Szekspira, że cały świat jest teatrem, aktorami ludzie. Prawda?
– No, w tym coś takiego jest ważnego i chyba prawdziwego, bo faktycznie świat jest jedną wielką sceną. Tylko pytanie, kto na tej scenie występuje, kto jakie role sobie przypisze. I czy do końca je odegra zgodnie z własnym życzeniem, czy pod dyktando innych. Na ile jest wolny i potrafi zgodnie z własnym interesem i pragnieniem, i wolą zagrać i wypełnić tę rolę, a na ile mota się między jednym a drugim.
– Widownią i sceną?
– Na przykład tak, tak dokładnie. I też nic bez powodu się nie dzieje. Zawsze jest jakieś źródło i odniesienie do tego źródła. Albo bagatelizujemy, albo też przyjmujemy to z pełną wiarą, z pełnym zaufaniem i wtedy nie mamy problemów, nie mamy kłopotów, albo się motamy i wierzymy nie tym, którym powinniśmy ufać. Musimy też zwrócić uwagę na nasze uczucia, na nasze emocje i jeżeli to się w pewien sposób wyeliminuje i nie będą miały wpływu na nasze decyzje, postawy, to będziemy bardziej szczęśliwi. Czyli będziemy mieli mniej kłopotów. A im mniej kłopotów u nas, tym mniej zmartwień i kłopotów przyniesiemy innym poprzez zachowania, wypowiedzi. Poprzez czyny, albo w ogóle absolutną bierność. Nie jest łatwo być pośrodku, między jednym, a drugim, ale trzeba wybrać jakąś drogę i cel. Ta droga najkrótsza jest najbardziej chyba właściwa, chociaż jest ciężka i wyboista. Nieraz bardzo, bardzo ciężka. A z drugiej strony może być ta droga łatwa, prosta, dłuższa, ale dająca więcej satysfakcji. To tylko zależy od naszego wyboru, bo i tak wszyscy zmierzamy do tego samego celu. Tylko jednym wystarczy jeden okres, albo musi wystarczyć sto, albo dwieście. To tylko od nas zależy. Na ile sobie zaplanujemy tutaj przyjść. Na ile teatrów nas stać. Na ile ról. A to tylko od nas zależy. Wszyscy mamy takie same szanse. Wszyscy mamy takie same potencje, wszyscy mamy takie same możliwości. To jest chyba normalne, jesteśmy z tego samego źródła i każdy otrzymał taki sam potencjał, takie same możliwości.
– Co dalej się dzieje w tym teatrze?
– Właśnie już nie obserwuję tego, co się dzieje ani na scenie – bo praktycznie sceny nie obserwowałem – ani nie obserwuję tego, co się dzieje na widowni. Jestem odwrócony plecami. Ja teraz siedzę na wprost vis a vis Mistrza i Rafaello. Są tacy pogodni, zadowoleni, tacy… Aż miło patrzeć, aż miło przebywać w ich towarzystwie. Taki emanuje spokój, wyciszenie i czuje się płynącą z nich radość, taką dobrą energię.

– Tak… Tak wygląda, jakbym był, nie wiem, w podróży. Cały czas się przesuwam. Teraz jestem w miejscu, które… Ja to miejsce znam.
– Tak? Opisz mi to.
– To jest nad brzegiem morza, w gaju palmowym.
– Byłeś już tam?
– Tak. Jakaś plaża i jest tam coś w rodzaju pikniku, jest tam kilka postaci.
– Tak? Dołączasz do nich?
– No właśnie idę w ich kierunku. Po prawej stronie siedzi tak… Ktoś, kto przypomina (śmiech), ktoś, kto przypomina takiego… No nie – przypomina właśnie Waryńskiego… chyba.
– Tak?
– Tego faceta ze starej stuzłotówki. Tak! Ale numer! Tak podobna broda, takie okulary, fryzura, ubiór.
– A wiesz, kto to jest?
– Nie wiem, nie wiem, ale prawie identyczny. He, siedzi w takiej pozycji siadu tureckiego, półlotosu – coś w tym rodzaju. Wyprostowany, jak gdyby kij połknął.
– I co? Podchodzisz do niego, czy idziesz dalej?
– Nie, nie. O, wskazuje mi miejsce, żebym usiadł tam. Siadam. No i czekamy na… Nie wiem, na co.
– Tylko was dwóch?
– Tak, ale z tego miejsca… Nie – do tego miejsca taka jakaś dziwna energia płynie, ale energia zamknięta w pierścieniach, w kręgach. I ona cały czas wpływa w to miejsce, gdzie siedzimy, ale te pierścienie nas omijają. Tylko w środek tego placu, tego miejsca, gdzie siedzimy, jakby przenika. Właśnie i pytam się, na co, na kogo czekamy? A on mówi, że mam czekać, mam się skoncentrować, mam się zamknąć w sobie. I właśnie to jest dziwne, bo przychodzą postacie, ale nie widzę twarzy. Takie, jakby kształty mają postaci ludzkich, ale to są czyste energie.
– Tak?
– Jak by można było powiedzieć, ludzie ubrani w prześcieradła. Czyli praktycznie wiadomo, że one jakiegoś tam kształtu nabierają. W tym kształcie są te energie. No jest kilka tych energii. Takie mam wrażenie, że też usiadły w podobny sposób, jak my usiedliśmy.
– Nie mają twarzy?
– No właśnie, nawet nie ma konturów postaci, tylko ogólny taki zarys.
– Dobrze, może się ujawnią w przyszłości, kim są i po co przyszli.
– Tak, siedzimy właśnie w takim okręgu. Ale po mojej lewej stronie, tam, gdzie siedzę, gdzieś tak po środku tego promienia, jest jakiś taki tron, na którym siedzi postać, ale nie wiem jeszcze, co to jest za postać. I ona tak góruje nad nami. Nie wiem, nie wiem, kto to jest.
– Ta postać ma wyraźniejsze rysy, czy też tylko energią jest?
– Tak, tak – rysy ma.
– Tak? A jak jest ubrana, jaką ma twarz, możesz to opisać?
– Nie wiem, taki ubiór. Taki książęcy, królewski, ale to mi nie przypomina nikogo, kogo mógłbym znać.
– A zapytaj się swojej Wyższej Jaźni, może ci troszeczkę podpowie?
– Ja się przybliżam. Idę tam.
– Idziesz tam? Dobrze, pozwól sobie.
– Muszę się sam przekonać, kto to jest.
– Może ci się przedstawi?
– A my? My się znamy!
– Tak?
– Tak.
– To powiedz już teraz, kto to jest?
– To jest Jezus i mówi, że jeszcze przyjdzie Zoroaster, ale usiądzie wśród nas. A dlaczego… Właśnie pytam, dlaczego nie usiądzie tutaj, między nami? A On mówi, że zaraz to zrobi. Wracam na swoje miejsce. No i właśnie wchodzi też… Przychodzi taka postać, może to jest ten Zoroaster… chyba tak. Też siada. Jezus siada i zamyka ten okrąg, ten pierścień. Właśnie przekazuję im… Mówię, że się cieszę, że jestem tutaj, że mogliśmy się spotkać, że dla mnie to wielki zaszczyt i radość, że mogę tam być. I pytam się: Kim Ty jesteś? – do tego okularnika, a on mówi: Jestem przeciwieństwem was wszystkich. I mam takie same prawa jak wy. I jako przeciwieństwo, też mam prawo was gościć, zaprosić. To wy jesteście moimi gośćmi. Proszę, żeby się przedstawił. Dlaczego nie podaje swojego imienia? A on mówi, że to nie ma znaczenia. Czy ma to dla mnie jakieś znaczenie? Ja mówię, że nie, nie ma. No to właśnie, to po co? To tylko nazwa. A jak jest nazwa, to jest odniesienie. A jak jest odniesienie, to mogą być różne reakcje. Przeciwieństwo – ciekawe!
– I co? Będą jakieś nauki? Co ten Gość ma do powiedzenia?
– Mówi, że jako przeciwieństwo jest równoważny swojemu przeciwieństwu i nie ma rozróżnienia. Jedno i drugie spełnia swoją rolę. Jedno i drugie ma swoją misję do spełnienia. Jedno i drugie ma doświadczyć. W końcu i tak doświadczamy tego samego, tylko w różnych aspektach, że idziemy do celu, do źródła, do Domu różnymi drogami. Jedni poprzez doświadczenia negatywne, inni poprzez doświadczenia pozytywne. A, dla źródła, dla Boga jesteśmy tacy sami. On nie rozróżnia dobra, ani zła. Bo każde doświadczenie jest właściwe, czegoś uczy. Powinniśmy wszystko, co się kojarzy z rozróżnieniem, z dualizmem, powinniśmy natychmiast odrzucić. Bo to najbardziej destrukcyjnie na nas działa. To porusza ego, to porusza emocje, to porusza inne instynkty. Dobre – złe, białe – czarne, słodkie – kwaśne, to działa jak narkotyk. I nie powinniśmy rozróżniać, czy coś robimy właściwie, czy niewłaściwie. Robimy to – i już. I to ma być naszym doświadczeniem, i to ma być lekcją, którą odrabiamy. Dlatego powinniśmy się też przyzwyczaić do tego, że wokół nas są zjawiska, rzeczy, ludzie, którzy są inni, myślą inaczej, doświadczają inaczej i mają do tego prawo. Ale nie powinniśmy nigdy zapominać, że oni są tacy jak my, że mają takie same prawa jak my, tylko mają prawo być innymi. Mają prawo iść inną drogą. I to, co my nazywamy niewłaściwą, czy złą, niekoniecznie jest złą, niekoniecznie jest niewłaściwą. Dla nich jest ta jedyna i jest dobra. Im z kolei może się wydawać, że my idziemy niewłaściwą, że my jesteśmy w błędzie, że postępujemy wbrew czemuś tam. Tak, że powinniśmy się na takich przesłankach w ogóle nie opierać. Jesteśmy wszyscy tacy sami, równorzędni wobec Stwórcy – ani lepsi, ani gorsi.
– Gramy tylko różne role, prawda?
– Tak. Uczymy się od siebie nawzajem. Dzięki różnym rolom możemy doświadczać, możemy uczyć się, ewoluować, możemy wznosić się na wyższe poziomy. Wszyscy jesteśmy sobie potrzebni. Nieprzypadkowo właśnie spotykamy w życiu takie relacje z ludźmi, jakie nam się przydarzają. Nieprzypadkowo spotykamy ludzi i zjawiska. To jest jedna wielka machina, która nas uczy, która nas szkoli, która nas doświadcza. Właśnie pyta, czy nie czuję się nieswojo w jego towarzystwie. Ja mówię, że nie, tylko dziwi mnie, że tych, tak zwanych pozytywnych, jest znakomita większość, a on, jako negatywny – jeden. Dlaczego tak jest? No, w zasadzie to tak, jak my to nazywamy, te negatywne aspekty życia, czy negatywność, czy to, co jest pojmowane przez nas jako zło, czy destrukcja, ma o wiele większą siłę, większą moc niż te pozytywne. One są bardziej – te pozytywne – subtelne, bardziej takie delikatne. Mają delikatniejszą strukturę. Natomiast te negatywne, są bardziej mocne, bardziej takie realne i tutaj proporcje są różne, ale jest ta równowaga zachwiana tylko w wyjątkowych sytuacjach, a z reguły jest równoważna. I te wyjątkowe zachwiania, to mogą być wielkie wojny, jakieś kataklizmy, jakieś choroby, ale to jest tylko chwilowe zachwianie, po to, żeby tych śpiących obudzić. Żeby im pokazać, że cały Wszechświat patrzy, co się dzieje w naszym wymiarze, żebyśmy się mogli przebudzić i opamiętać. Tak jak choroba każdego z nas, czy w rodzinie, uświadamia nam, że coś niedobrego się dzieje, że potrzebna jest refleksja, że powinniśmy przystopować, zastanowić się, gdzie popełniamy błędy, co robimy niewłaściwie. Niekoniecznie to musi być równoznaczne ze współczuciem. To jest bardziej lekcja dla nas samych, dla tego, kto cierpi. I raczej, to powinniśmy przeżywać z osobna. Bo samo współczucie, jako współczucie, nie uzdrowi tej drugiej osoby, a nam może jeszcze zaszkodzić. Aczkolwiek jakaś opieka, czy pomoc przynależy tej osobie, to rzecz jasna. Ale raczej nie powinniśmy współczuć. Powinniśmy tę lekcję przyjąć na siebie i zrozumieć, skąd to się wzięło i do czego ma nas to doprowadzić. Tak, że wszyscy jesteśmy tacy sami. Nie ma rozróżnienia. To jest największy błąd. Krzywdzimy siebie i obciążamy siebie, myśląc w ten sposób. Tak, jak nie ma prawdy, nie ma kłamstwa, nie ma złości, nie ma miłości – jest po prostu to, co jest. Jest doświadczenie i to jest największy skarb. Aby doświadczać, doświadczać, doświadczać i wznosić się i wznosić.
– Uhm. Cudowna lekcja.
– Pyta się mnie, czy jakbym teraz zobaczył w naszym mniemaniu diabła, czy bym się go wystraszył? Mówię, że może bym go na piwo zaprosił, żeby pofilozofować. Ooo! – mówi – to by była dopiero lekcja, wiele mógłbym się nauczyć. A on ode mnie też chyba. No właśnie, he, pytam się, czy on jest diabłem? Mówi, dla niego to nie ma znaczenia, mogę go nazywać też diabłem. Bo każdy z nas coś ma z demona, z diabła i Boga, ale bardziej, bardziej powinniśmy właśnie przebudzić się i iść… Skłaniać się w stronę Domu, w stronę źródła, w stronę Boga. I to jest właśnie to. A przestrzeń oczyszcza. Przestrzeń oczyszcza. Ale mamy wszystkie zasoby, jakie tylko sobie potrafimy wyobrazić, o jakich jesteśmy w stanie pomyśleć, jakie chcielibyśmy mieć, aby wzrastać, w którąkolwiek chcemy stronę. W stronę ducha, w stronę materii – proszę bardzo.
– Jasne.
– Chodzi o to, żebyśmy potrafili to zdefiniować i umiejętnie poprosić. I będzie nam dane, i dostaniemy tyle, ile potrafimy unieść, ani więcej, ani mniej. He, ciekawe to… Ciekawe to jest.
– Tak?
– Czyli ten negatywizm ma taką siłę, że wystarczy jedna kropelka, żeby tyle wody zatruć. Hm, niesamowite. Często walka z tą jedną kropelką jest mitręgą, jest ciężką drogą, ale lepiej uczyć się panować nad tą jedną kropelką niż nad tysiącami innych kropelek. He, właśnie pytam się, a te takie, nazwijmy to, istoty bezpostaciowe, to, co one tutaj robią, kim one są, jaką rolę mają? To są ci, którzy są w zawieszeniu, którzy w każdej chwili mogą pozyskać – nie wiem – twarz, postać. Mogą się skierować, w którą chcą stronę.
– Dobra i zła, tak?
– Tak.
– Przyjąć każdą formę?
– I to nam się, od czasu do czasu, też przydarza.
– Kiedy wcielamy się w jakieś role, tak?
– Tak, dokładnie. A tych oczekujących jest więcej, niż tych, którzy grają w tej chwili. Tak, że jest zawsze ten przerób.
– Czyli widzów jest więcej na widowni, jak tych ludzi na scenie, tak?
– Tak, ale widzowie mogą wejść w każdej chwili.
– Mogą wejść i zagrać swoją rolę, albo swój wycinek danego dramatu.
– Tak, tak. Ale nic się nie dzieje przypadkowo, bo wszystko jest zaplanowane, wszystko jest wyreżyserowane. Tak, to chyba wszystko.
– To wszystko? Czy ktoś jeszcze z Nauczycieli chciałby zabrać głos?
– Właśnie Jezus mówi, że dlatego Zoroaster przyszedł, aby swoją siłą, swoją mocą mogli zrównoważyć tę niewielką kroplę negatywności. Żeby sobie uświadomić, jaka to jest potężna moc, że tyle tutaj tych czystych istot i tylko ten jeden.
– Jeden negatyw, tak?
– Tak i jest równoważne, nie ma zachwiania. Że trzeba to też szanować i dopuścić do myśli, że to jest, że to funkcjonuje. Tylko nie należy z tym walczyć. Należy przyjąć do wiadomości, że jest i na zasadzie tolerancji. Czy coś w tym rodzaju – przyjąć, że to istnieje ale nie walczyć, nie wypędzać tego, nie odcinać się od tego. Bo to nie jest żadna nauka.
– Raczej zrozumieć.
– Zrozumieć istotę, że jest. Że w pewnych momentach, to jest po to, żeby nas nauczyć, żebyśmy szybciej wzrastali, żebyśmy lepiej pojmowali. Za chwilę może się okazać, że zamienimy się rolami. Na krótko, ale zawsze, bo to też jest nam potrzebne. Bo z tamtej strony musimy spojrzeć na dobro. Nie tylko z jednej strony, ale z drugiej trzeba. I to wszystko.

– Gdzie teraz jesteś, co widzisz, czego doświadczasz? Opowiedz mi o tym.
– Jestem w środku jakiegoś dużego, nowoczesnego budynku. Stoję na galerii, na jakimś piętrze dosyć wysoko i obserwuję olbrzymi holl, bardzo wysoki, zabudowany szkłem. Wszystko jest wsparte na takich wspornikach, które od poziomu ulicy się zwężają ku górze i tworzą szpicę. Tych wsporników jest sporo, z osiem, dziesięć, może dwanaście i między nimi są właśnie tafle szkła. To trochę przypomina taki, no nie wiem, kapelusz meksykański, o! coś w tym rodzaju.
– To jest takie okrągłe, tak?
– Tak, okrągłe jest, tak. Stoję na galerii i obserwuję, co się dzieje. Masę ludzi się kręci. Jest to bardzo duży obiekt i na jednym z końców, nie, to nie można powiedzieć, że to jest koniec, ale w jednej z części… To jest coś w rodzaju jakiejś takiej sali, nie wiem, koncertowej, filharmonicznej, teatralnej, kinowej. Jest tam scena, jest też ekran kinowy. W innej części, wśród zieleni, takich różnych kwiatów w dużych i mniejszych pojemnikach, donicach, są poustawiane takie… To można powiedzieć, że to jest duży ogródek, taki kawiarniany. Stoliki, jakiś tam bar restauracyjny, może coś w tym rodzaju. Fontanna w środku, ale nie jest to dokładnie w samym centrum, tylko gdzieś tam z boku. Jeszcze w innym miejscu stoją ławki, właściwie to do wypoczynku służą. No robi niesamowite wrażenie to pomieszczenie. Można wjechać windami wyżej, tam, gdzie już jest to zwężenie i tam są różne biura, różne pomieszczenia. I postanowiłem wejść jeszcze wyżej, takimi schodami. Wchodzę wąskimi schodami. No niesamowity widok. Bo to jest wszystko dziwne, bo bardzo taka ostra jest widoczność, jeżeli chodzi o to, co się dzieje w środku, a na zewnątrz praktycznie nic nie widać, żadnej chmurki, żadnej panoramy. Jakby to były specjalne tafle szkła. Ale to szkło też przepuszcza, takie rozproszone promienie słoneczne, tak, że dzięki temu jest tam zachowany specyficzny mikroklimat. Że przez to szkło słońce tak mocno nie grzeje.
– A czy to jest na Ziemi, ten obiekt?
– Jacyś tam ludzie się kręcą, ale nie wiem, czy to jest na Ziemi. Na pewno są tam ludzie.
– A nie widziałeś jeszcze tego obiektu z zewnątrz?
– No, teraz.
– Teraz go widzisz, tak?
– Wokół jest pustynia, pustkowie. Taka pustynia, nie piaszczysta, tylko bardziej kamienista, wyjałowiona ziemia, pozostałości po jakichś starych budowlach.
– Czy ludzie są też na zewnątrz, czy raczej…
– Nie, nie.
– Nieprzyjazna jest atmosfera na zewnątrz?
– Nie, chyba nie, może nie ma wody, nie ma opadów i nic tam nie rośnie. Może dlatego ten obiekt tam jest na tej pustyni?
– Takie sztuczne miasto, tak?
– Właśnie nie wiem, czy to jest akurat miasto, ale jest to jakaś taka budowla, gdzie sprzyjające warunki panują do życia, do przebywania. Wiem, że z jednej strony… Jakiś tunel też właśnie ze szkła, prosty, jest dosyć długi…
– I dokąd on prowadzi?
– Do innej części tego kompleksu. To jest kompleks budowli. Ale wszystkie mają w planie wpisany okrąg. To pierwsze pomieszczenie, z tą iglicą jest najwyższe. Kilka z tych obiektów… One są ze sobą połączone tunelami. Bardzo tam mało jest właśnie… Bardzo mało jest ludzi, ale ci, którzy są, to robią coś zawsze bardzo konkretnego.
– I są tylko w obiektach? Na zewnątrz ludzi nie widzisz?
– Nie, nie ma.
– A jakieś drogi dojazdowe, jakieś pojazdy są, czy też nie?
– Nie, no drogi jakieś są, ale pojazdy? Nie wiem, nic nie widzę takiego.
– Czyli wszyscy ludzie żyją jednak w sztucznej atmosferze tych budynków, tak?
– Nie jest to konieczność, ale stworzyli sobie tam taki mikroklimat. Bardziej sprzyjający normalnemu życiu. Technika, technologia już na to pozwala. To się wszystko składa z jakichś takich modułów, tak że budowa szybko postępuje do przodu. Można dobudowywać w każdej chwili dowolnej wielkości obiekty. I tak wygląda trochę, jak stacja kosmiczna, ale chyba nią nie jest. Panuje tam dosyć taka ciekawa, naturalna, miła atmosfera. Nikt się nie spieszy, nikt za niczym nie gania, nikt nikogo się nie czepia. Nikt nikomu się nie naraża, nikt nie jest krytykowany, nikt nie krytykuje. No właśnie – jestem teraz na samym dole i się rozglądam. Właściwie nie wiem, gdzie mam pójść. Wszędzie bym chciał dojść, wszystkiego doświadczyć.
– Uhm. Zwiedzaj.
– He, wszędzie to samo – szkło, szkło i beton. Właściwie, to ja miałbym ochotę wyjść na zewnątrz i właściwie z drugiej strony nie mam ochoty. Jestem w takim małym pomieszczeniu i przy stole siedzi jakieś grono osób.
– Tak? Kto tam jest wśród tych osób? Rozpoznajesz może kogoś?
– Tak.
– Uhm, przyjrzyj się i powiedz.
– Przez chwilę mi się wydawało, że jest tam Rafaello, ale…
– Tak?
– Nie, chyba nie… No, jest Rafaello, siedzi.
– Jest Rafaello? świetnie.
– Niesamowite! No, jest Rafaello! Taki zupełnie inny, jakby młodszy, bardziej uśmiechnięty, rześki, wypoczęty.
– A ubranie ma to samo?
– Tak. No i właśnie mnie wita i rozłożone ma ręce i coś w tym rodzaju: „No i co panie Marek?” Cos takiego! No i ja to samo zrobiłem, przedrzeźniając: „No i nic – mówię”. O, teraz usiadł, też siadam.
– Kto jeszcze jest?
– Właśnie on tutaj mówi: Czy taki świat mi odpowiada? Wszystko jest tak, jak powinno być. Równa temperatura, równa wilgotność, wszystko działa tak, jak powinno – bez zarzutów. Wszystko rośnie zgodnie z planem. Ludzie są dla siebie przyjaciółmi, skazani są na siebie. Nikt nikomu nie jest nic winien. Nic nie musimy tam robić, a jeżeli chcemy, to możemy. Jest pełna wolna wola tego, co się tam robi, co się chce robić, czy też nie robić. Miejsce, w którym się żyje bez obciążeń. Zawsze się ma pewność, że się człowiek wyśpi, wypocznie, naje do syta i w zamian nie musi nikomu nic dawać. Ja mówię, jest to piękne, ale tylko na chwilę. I w końcu zaczyna to drażnić, bo to nie o to chodzi, żeby się zamknąć pod kloszem i wieść jakieś takie spokojne życie. Powinniśmy cały czas doświadczać, ewoluować, posuwać się naprzód. Modyfikować swoje poglądy, swoje postawy. Jak trzeba, to nawet je zmieniać radykalnie. Zerwać ze wszystkim po to, żeby dać sobie szansę i zacząć z nowym. A nie przywiązywać się to tego samego miejsca, do tego samego domu, do tego samego miasta, kraju. Mamy prawo wyboru, co chcemy, gdzie chcemy być, co chcemy robić, z kim mieszkać, z kim przebywać, z kim utrzymywać kontakty. Jakie mieć poglądy, spojrzenie na życie, na świat. I to nie jest to. Jednak odrobina… odrobina szaleństwa, czy popełniania błędów, czy bycia tą taką brudną kropelką, która skaża kryształowo czystą wodę, no to jest konieczne i my tego doświadczenia musimy dotknąć, po to, żeby poznać nasze odczucia, nasze reakcje, żeby je przeanalizować, żeby następnym razem się zachować normalnie, w racjonalny sposób, a nie tak jak dyktuje nam ego, nasze myśli, nasz intelekt, nasze odruchy warunkowe. Tak, że nie możemy się odgradzać od świata zewnętrznego. Powinniśmy właśnie jak najczęściej wchodzić w interakcję z tym światem zewnętrznym. Po to, żeby bardziej się, nie tyle może uodpornić na ciosy z zewnątrz, ale nauczyć się je odbierać, w zamian za to, dając coś zupełnie przeciwstawnego, co otrzymaliśmy. Może to być współczucie, ale nie podbudowane ego. Czy może to być wyraz odbierania lekcji, czy nauczenia się czegoś. Czy też ofiarowanie cząstki siebie, miłości, po to, żeby ten świat jakościowo się zmieniał. To jest chyba bardziej celowe, niż życie życiem, dla samego siebie, nie licząc się z innymi i w końcu nie licząc się jakby dla innych.
– Sami tylko jesteście z Rafaello w tym pomieszczeniu?
– Właściwie Rafaello mówi, że jeszcze tutaj zjawi się jeden z Gości, z naszych Przyjaciół. I pyta się, czy jestem gotów. No tak.
– Jesteś gotów?
– Dlaczego nie? Widzę – wchodzi jakiś taki żołnierz, rycerz w zbroi. Taki spokojny, wyważony. Taka dobra energia od niego płynie. Mówi, że ochrzczono go imieniem Jerzy. Święty Jerzy (śmiech). Ja się pytam, czy ten od smoków i się też śmieje. Dlaczego od smoków? O kurde! Nie wiem (śmiech). Też się śmieje. No, zasiadł i na razie nikogo więcej tam nie widzę. A jeszcze mówi ten rycerz, że czekamy na naszego Pana, na naszego Mistrza. Też się pojawił.
– Pojawił się?
– Tak.
– Kto to jest?
– Jezus. Niesamowite, niesamowite!
– Jak dzisiaj jest ubrany?
– Na biało, ale ma taki, taki, nie wiem, czy to… Można powiedzieć, że taka narzuta, płaszcz, taki kolor rdzawo-brązowy. I to tak trochę nawet z kolorem włosów jego, tak troszkę pasuje.
– Pasuje?
– Pasuje to – tak, tak.
– Dobrze.
– Tam nikogo na razie nie ma więcej.
– Spytaj się Rafaello, czy to już wszyscy umówieni na dzisiejsze spotkanie?
– Tak, tak.
– Może coś zechcą nam powiedzieć, jakichś nauk udzielić?
– Właśnie mówi ten rycerz, że tak naprawdę, z tymi smokami to jest więcej legendy, przypowieści niż faktów, ale prawdą jest, że każdy z nas ma w sobie potężnego smoka, z którym na co dzień musi walczyć. Że to on nas wodzi na manowce, że to on powoduje swoim zachowaniem takie nasze zachowanie, a nie inne. Że dopóki w sobie mamy tego zwierzaka, tak długo mamy problemy ze sobą, ze światem zewnętrznym. Tak długo nie naprawimy wszystkich błędów czy krzywd, które od nas zaznali inni ludzie. Smok może się różnie zachowywać. Jest nie tylko symbolem siły, przebiegłości. Ma zdolności przystosowania się do różnych warunków. Może chodzić, może latać, może pływać, może użyć wielu, wielu innych technik do tego, aby wprowadzić nas w błąd, wyprowadzić nas w szare pole. A tak jak każdy słaby punkt, my musimy uznać ten punkt i musimy umieć w każdej chwili skorzystać z tego, aby się odłączyć, czy wyłączyć, jeżeli taka przyjdzie potrzeba, w odpowiednim czasie, żeby nie było za późno. Często pozbywanie się tego smoka, czy walka z nim, to nic innego, jak walka z wiatrakami. A to dlatego, że jesteśmy nieprzygotowani, że nie mamy odpowiedniej wiedzy, że nie nauczono nas odpowiednich technik, dlatego powinniśmy raczej, przynajmniej na początku, być przy kimś, czy przebywać w towarzystwie kogoś, kto ma takie zdolności. Ma takie doświadczenia, aby nam pomógł, aby nas prowadził, aby był dla nas przewodnikiem. Aby był tym, który z racji tego, że jest starszym bratem, ma większe doświadczenie, większą wiedzę, jest w stanie korygować nasze potknięcia, błędy, że służy nam pomocą, informacją, że prowadzi nas. Od nas zależy, czy już wystarczająco dużo się nauczyliśmy, czy jeszcze chcemy pobierać nauki. Czy też chcemy jeszcze korzystać z doświadczeń, czy z poradnictwa, to już tylko i wyłącznie od nas zależy. Bezsprzecznie – taki smok w każdym z nas istnieje. Tak jak legenda mówi, że włócznią zabił smoka, tak fakt opiera się na tym, że potrafił ze swoim smokiem, tym wewnętrznym, uporać się na drodze ciężkiej, żmudnej pracy. To są lata nauki, lata wyrzeczeń, lata ciężkiej pracy. Właśnie w czasie transformacji, przemiany, gdy prawidłowo zainicjowany proces, czy program, daje wielkie prawdopodobieństwo, że zostaniemy na tej ścieżce, którą obraliśmy i pójdziemy nią. I to jest ważne. Ważna jest ta pierwsza wskazówka, ta mobilizacja. I ona ma właśnie osłabić tego smoka. Ma zneutralizować tę złą siłę, która z niego bije, na korzyść naszego dobra, naszej energii. Możemy na początku korzystać z pomocy innych, ale najlepiej będzie, jeżeli doprowadzimy do tego, że nie będziemy musieli nikomu być nic winni w chwili, gdy już będziemy zdolni do własnej pracy, do samodzielności. Może nadejdzie taka chwila, gdy już tego smoka nie będzie w nas i będziemy mogli służyć przewodnictwem, radą, pomocą innym. Ale ten smok jest i trzeba pogodzić się z tym, że jest. Na siłę nie ma co z nim walczyć, bo to tylko może nam zaszkodzić. A po co ta zbroja? No właśnie.
– No, no?
– (śmiech) To jest taki symbol. Bo zbroją to jest nasza wiedza, nasze doświadczenie. Zbroją, to są te narzędzia, w które jesteśmy wyposażeni, które nam zadano, które nam pokazano, podano. I w zależności od tego, jak będziemy dbać o te narzędzia, o tę zbroję, że będzie działała bez szwanku. Jeżeli będziemy poszerzać tę wiedzę, czy te doświadczenia, tym bardziej będzie ta zbroja nam potrzebna i tym bardziej będzie nas bezpiecznie chroniła. Aż w końcu, w pewnym momencie okaże się, że jesteśmy tym doświadczeniem, że jesteśmy tą wiedzą, a nie tym, co jest w tej zbroi, co jest zamknięte w okowach tej wiedzy, czy doświadczeń. Mamy być w gruncie rzeczy ponad tym, ale ciągle wdzięczni tym, którzy nas wprowadzili na tę drogę, czy pokazali nam, jak można, jak należy, którzy nas temperowali, którzy nam pomogli. Przychodzi taki moment, że zajmujemy się własnym smokiem i próbujemy pomóc tym, którzy mają też swojego smoka i to jest najgorsza rzecz, jaką możemy robić. Mając problemy z własnym, jeszcze pomagamy innym. Nie powinniśmy tego nigdy robić, bo obciążamy siebie dodatkowo. Dopóki nie uporamy się z własnym, nie osiągniemy jakiegoś poziomu, wystarczającą samodzielność, dopóty nie powinniśmy się zajmować tymi, którzy są wokół nas. Nie mamy do tego prawa, nie mamy doświadczenia, nie mamy wiedzy. To tak jak wybieganie przed orkiestrę. Jest to kardynalny błąd. Służymy radą, pomocą. Jeżeli nie mamy odpowiedniego doświadczenia i wiedzy, nie wolno nam. Nie powinniśmy wchodzić w kompetencje innych ludzi. A my to lubimy robić. Kochamy to robić. Kochamy być doradcami, pocieszycielami. Tymi, którzy wskazują rozwiązania, drogę. To jest niebezpieczna gra. To się robi różnymi technikami. Musimy od tego odejść. Nie wolno tego robić.
– Uhm. Czyli najpierw ze swoim smokiem trzeba sobie poradzić, tak?
– Dopóki tego nie zrobimy, to nie wolno, nie wolno, nie wolno, bo siebie obciążamy. Obciążamy siebie niepotrzebnie. Możemy siebie sprowadzić w dół, jeszcze bardziej stworzyć potężniejszego smoka. Ściągnąć na siebie problemy, jak nie teraz, to później. Właśnie pyta, czy teraz rozumiem, jak z tymi smokami jest? (śmiech).
– No, no?
– No tak.
– Rozumiesz?
– No, chyba to jasno przedstawił.
– Przedstawił jasno.
– He, Jerzy, Jerzy od smoków – śmieszne.
– świetna metafora.
– No.
– Czy jeszcze coś będą mówić?
– Nie, on już nic.
– On już nic? A nasz Mistrz? Chciałby może nam coś dzisiaj powiedzieć?
– Mówi tak; że musimy nazwać tego smoka imieniem, dać mu znaczenie i dopiero możemy wtedy poprosić, aby zechciał dać nam spokój, albo w najgorszym przypadku – żeby nam nie przeszkadzał.
– Uhm. A w najlepszym, żeby się nauczył z nami współpracować, tak?
– Powiedział, żeby nie przeszkadzał.
– Ale czy jest lepsze wyjście, nauczyć go współpracy?
– Inaczej można powiedzieć, żeby się z nim zaprzyjaźnić.
– Tak, ja też to miałem na uwadze.
– No tak, żeby się z nim zaprzyjaźnić. I to jest tak, jak przyjaźń z wrogiem. Ona jest wtedy najbardziej trwałą przyjaźnią, najbardziej owocną formą współpracy i wspomagania siebie. Bo jedna i druga strona, zna swoje słabe strony i mocne. I ta wymiana dla wspólnego dobra jest bardzo potrzebna, bo tak naprawdę za tego smoka jesteśmy odpowiedzialni. Jeżeli go zniszczymy, to tak jakbyśmy zniszczyli…
– Kawałek siebie?
– Kawałek siebie, albo inną istotę. He (śmiech). No właśnie, a jak…? Hm. No, Jezus też walczył ze swoim smokiem. Inni to nazywają szatanem. Walczył ze smokiem na pustyni. Było tak, że też przegrał. I wtedy, jak przegrał z nim, zrozumiał, że walka nie ma sensu. Po prostu okazał swoją słabość jak człowiek. Ale wzniósł się później do poziomu duszy i spełnił warunki i osiągnął swój cel jako dusza. Ale też popełnił błąd, bo miał taki przywilej. Ale wzniósł się ponad wszystko i jeżeli jemu to było dane, to jest dane każdemu. On jest najlepszym przykładem.
– Powiedz, czy ten smok, to jest takim metaforycznym przeniesieniem zbyt wygórowanego ego. Można to tak określić?
– Jezus też był w pewnym czasie zbyt pewny siebie, no i dostał po pazurkach. Tak, tak…
– To jest to ego zbyt wygórowane?
– To jest to ego – pokora.
– Kiedy się zapominamy, że jesteśmy istotą duchową, wtedy właśnie popadamy w ten kierat ego.
– Mistrzowi też się zdarzyło.
– Jasne. Mistrz też musi doświadczyć wszystkich aspektów.
– Po to, żeby sobie przypomniał.
– Uhm.
– Ale my zbyt często sobie przypominamy, a czas ucieka. Wniosków z tego nie wyciągamy.
– Dobrze, że od czasu do czasu, ktoś nam przypomina, chociażby ten Jerzy od smoków.
– No tak (śmiech).
– Trzeba mu za to podziękować. To wspaniałe pouczenie dla nas.
– Mówisz, że to wspaniałe pouczenie.
– Uhm.
– Chyba tak, chyba tak. Właśnie mówi, że nie rozumie, dlaczego w świadomości tkwi obraz walki, obraz pokonania smoka. To pokonanie polegało na zwyciężeniu siebie i zrozumieniu, że należy z tym zaciekłym wrogiem właśnie się zaprzyjaźnić, a nie unicestwiać go. No, ale to już jest…
– Czyli ego nie należy się pozbywać, tylko po prostu zaprzyjaźnić się do tego stopnia, by ono przestało być zbyt wygórowane, prawda?
– Trzeba mieć świadomość i mieć tę wiedzę, że jest ego, bo było i tak – jak długo tu będziemy, będzie z nami. Będzie nam towarzyszyć, ale ono ma być, neutralne, albo właśnie jednym z narzędzi doskonalenia się. Najlepiej byłoby, gdyby stało się naszym kumplem, który nas wspomaga. Ale to już jest sztuka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ta strona używa cookies.

Czytaj więcej na temat polityki cookies.