Carlos Castaneda: wielki mistyfikator czy reporter nieznanego - Solaris - rozwój osobisty

Carlos Castaneda: wielki mistyfikator czy reporter nieznanego

Latem 1960 roku Carlos Castaneda, student antropologii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles, poszukiwał w Arizonie lokalnego informatora do napisania pracy na temat ludowego ziołolecznictwa. Jeden z kolegów poznał go ze starym Indianinem, który uchodził za autorytet w leczeniu ziołami i używaniu pejotlu. Z tego przypadkowego spotkania zrodziło się ponad dziesięcioletnie terminowanie Castanedy u Juana Matusa, później szczegółowo przedstawione w cyklu powieści.

Pierwsza z nich, The Teachings of don Juan: A Yaqui Way of Knowledge (polski przekład Adama Szostkiewicza Nauki don Juana, Wydawnictwo Literackie 1991), ukazała się w 1968 roku i od razu wywołała falę dyskusji nad wiarygodnością treści i osobą autora. Książka bowiem składa się z dwóch części: pierwszą stanowi narracja obejmująca kilka lat „terminowania” Castanedy, zaś druga, zatytułowana Analiza strukturalna, jest próbą uporządkowania zdobytej wiedzy w terminologii etnograficznej. Ta część pracy okazała się niewypałem; Weston La Barre w monografii The Peyote Cult określił ją jako „żałośnie niekompetentną (…) nużącą próbę zabawy w Levi-Straussa”, która „nie może zadowolić ani profesorów Castanedy, ani zwykłego czytelnika”. Analiza strukturalna wprawiła w konsternację także recenzenta „New York Timesa”, Charlesa Simmonsa, który nie był pewien, czy ma do czynienia z powieścią, czy też z pracą doktorską, sądził jednak, że książka opublikowana jako powieść ma wielkie szansę na zdobycie popularności. Przewidywania Simmonsa okazały się słuszne: w krótkim czasie Nauki don Juana stały się bestsellerem. W ciągu następnych kilku lat ukazały się kolejne części cyklu: A Separate Reality, Journey to Ixtlan, Tales of Power, The Second Ring of Power Eagle’s Gift i The Firefrom Within. Krok po kroku wprowadzają one czytelnika w świat don Juana, indiańskiego „czarownika” i opisują żmudną drogę przebytą przez narratora, od pierwszych kroków niechętnego i zdumionego studenta, który nieoczekiwanie dla siebie mianowany został „uczniem czarnoksiężnika”, aż po pełne wtajemniczenie i uczestnictwo w świecie zadziwiających pojęć i zdarzeń.
Jak jednak doszło do tego, że inteligentny i obdarzony krytycznym umysłem student jednego z czołowych amerykańskich uniwersytetów został uczniem indiańskiego szamana? Co mogło skłonić najzagorzalszego nawet miłośnika antropologii do przyjęcia filozofii życiowej niewykształconego Indianina, półanalfabety, który za nic miał intelektualne osiągnięcia całej cywilizacji zachodniej? Zapewne, odmienność przyciąga; jednak przyczyny, które związały Castanedę z Juanem Matusem na ponad dziesięć lat i zmusiły go do diametralnej zmiany sposobu życia, musiały sięgać głębiej. Przyjęcie filozofii don Juana wymagało przecież od narratora odcięcia się od wszystkiego, co wcześniej stanowiło fundamenty jego egzystencji, co nadawało jej kształt i zapewniało mu poczucie bezpieczeństwa. Trudno znaleźć cos, co by te wartości mogło zastąpić, toteż rezygnacja z nich nie może być łatwa. Nie jest to jednorazowy akt, lecz długi i bolesny proces, którego kolejne etapy śledzimy w kolejnych tomach cyklu. A ponieważ książki te pisane były niejako w drodze, podczas trwania nauki, i opierają się na notatkach z rozmów z don Juanem, krąg widzenia czytelnika poszerza się wraz z kręgiem widzenia narratora. To nie ja kształtuję fabułę, lecz jakby przeciwnie – to fabuła tworzy nowego mnie!- komentuje autor w wywiadzie udzielonym Romanowi Warszawskiemu („Literatura” nr 11-12, 1987).
Jednym z podstawowych problemów, jakie don Juan napotyka w pracy ze swym uczniem, jest język. Nie chodzi tylko o to, że używane przez niego pojęcia wywodzą się z narzeczy utoazteckich, dialogi z narratorem oryginalnie prowadzone były po hiszpańsku, a książki napisane po angielsku, chociaż samo to stwarza już wystarczające zamieszanie. Gdy jeszcze dołożymy przekład na język polski, cała kombinacja zaczyna przynosić nieoczekiwane i niestan- dardowe efekty lingwistyczne. Pojęcia używane przez don Juana brzmią w każdym z tych języków mniej lub bardziej naturalnie, ale zasadniczy problem sięga głębiej, dotyczy bowiem samej idei języka. Język jest przecież sztucznie stworzoną przez człowieka strukturą, która desygnując elementy składające się na świat, układa je w znajome nam wzory; umysł, od dzieciństwa przyzwyczajony do wydeptywania tych samych ścieżek, przestaje zauważać ich umowność i porządkujący rzeczywistość kod zaczyna traktować jak rzeczywistość samą w sobie, a tym samym przestaje zauważać rzeczy i zjawiska, które się w tym kodzie nie mieszczą lub mu zaprzeczają. W świecie wyznaczonym granicami kodu językowego nazwa zaczyna determinować postrzegane właściwości zjawisk: wiatr jest tylko ruchem powietrza, uschnięta gałąź nie powinna wzbudzać strachu, a kapelusz nie ma prawa wzbić się w górę jak latawiec. Wiatr, gałąź i kapelusz występują w języku jako jednostki znaczeniowe, którym przyporządkowane są określone cechy. W chwili, gdy to przyporządkowanie okazuje się sprzeczne z obserwacjami, człowiek skłonny jest raczej zwątpić w świadectwo własnych oczu niż zakwestionować pojęcia, jakimi operuje jego umysł. Pozbawiony przewodniej nici języka staje zagubiony pośrodku labiryntu nierozpoznawalnej, a przez to groźnej, rzeczywistości. Trudno się dziwić narratorowi Castanedy, że na wszelkie sposoby broni się przed taką sytuacją i czepia swojej wiedzy o świecie jak pijany płotu.
Tymczasem don Juan próbuje wszelkich sposobów, by przełamać schematy myślowe swego ucznia i nauczyć go stawać twarzą w twarz z Nieznanym. Używa w tym celu subtelnych sztuczek psychologicz- nych, podstępów, szantażu emocjonalnego, a gdy wszystko inne zawodzi, ucieka się do pomocy roślin o działaniu psychotropowym. Jest nie przebierającym w środkach manipulatorem, który jednak dokładnie wie, co robi i do czego zmierza, ani na chwilę nie pozwalając, by sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. Jego zadanie nie polega jedynie na rozszerzeniu pojęć intelektualnych ucznia czy na zastąpieniu ich innymi; nie chodzi mu o to, by przeprowadzić swego terminatora ze „świata zwykłych ludzi” w „świat czarowników”. Świat czarowników jest bowiem tylko jeszcze jedną konstrukcją, innym systemem pojęć i znaczeń, rządzi się innymi zasadami, ale więzi umysł dokładnie tak samo, jak świat, który wszyscy znamy. Poznanie go jest jednak konieczne, gdyż tylko człowiek, który zna oba światy jest w stanie wślizgnąć się w szczelinę między nimi – a tym samym, na chwilę, uwolnić od obydwu. Potrzebna jest alternatywa, by człowiek mógł się pozbyć zakodowanego sposobu myślenia. Świat czarowników jest właśnie taką alternatywą. „Żeby widzieć, trzeba się nauczyć patrzeć na świat w inny sposób, a jedyny inny sposób, jaki znam, to sposób czarowników” – mówi don Juan. Ten, który widzi, osiąga cel nauki – staje się Człowiekiem Wiedzy. Don Juan, który sam jest Człowiekiem Wiedzy, nie rości sobie jednak pretensji do poznania istoty rzeczywistości. „Świat jest tajemniczym miejscem, a my jesteśmy tajemniczymi istotami” – powtarza często. Wyzwolenie z więzienia intelektualnych schematów nie oznacza jeszcze wtajemniczenia we wszystkie sekrety świata; rysuje jedynie świadomość własnych ograniczeń i nierozpoznawalności Nieznanego. Istnieją co prawda pewne reguły, które obowiązują przy poruszaniu się po tym obszarze, mają one jednak charakter pragmatyczny, natomiast dociekanie Jak” i „dlaczego” jest bezcelowe, gdyż prowadzi jedynie do wytworzenia kolejnej konstrukcji intelektualnej, a więc do zafałszowania obrazu. Intelekt sam nie jest w stanie przezwyciężyć własnych ograniczeń i don Juan dobrze o tym wie. Gdy narrator powieści czyta mu fragmenty z Wittgensteina, Indianin komentuje: „Twój przyjaciel Wittgenstein sam zaplątał się we własne sidła”. Większa część nauk don Juana przekazywana jest w sposób pozawerbalny; twierdzi on, że przemawia do ciała swego ucznia, nie do jego intelektu, toteż uczy go odbierać świat i reagować nań z pominięciem przekaźnika słownego. Długi proces stawania się Myśliwym i Wojownikiem polega na poznaniu sztuki panowania nad sobą i otoczeniem, nad swoimi relacjami ze światem, swoim ciałem, psychiką i życiem. Dopiero po nabyciu tych umiejętności można stać się Człowiekiem Wiedzy. Z pewnością pierwsze powieści Castanedy w dużym stopniu zawdzięczały swój początkowy rozgłos atmosferze końca lat sześćdziesiątych i początku siedemdziesiątych. W epoce LSD dziennik doznań narratora wprowadzanego w odmienne stany świadomości przy pomocy bielunia, pejotlu i grzybów, z góry skazany był na popularność. Jednak w kolejnych częściach cyklu Castaneda stop- niowo odchodzi od tematu „roślin mocy”. A Separate Reality, podobnie jak Nauki don Juana, w dużej części poświęcona jest stanom odmiennej rzeczywistości, ale już w Journey to Ixtlan rośliny te wspomniane są tylko mimochodem i nie mają większego wpływu na akcję. We wstępie do tej właśnie powieści Castaneda wyznaje: W obu poprzednich książkach opierałem się na założeniu, że w procesie przygotowania do zostania czarownikiem zasadnicze znaczenie mają stany odmiennego postrzegania rzeczywistości osiągane przy pomocy roślin o właściwościach psychotropowych. (…) To założenie okazało się błędne. Halucynogeny okazują się tylko jedną z dróg prowadzących do celu, narzędziem pomocniczym, zaś właściwym celem jest zmiana obrazu świata wpojonego narratorowi przez kulturę Zachodu. W Journey to Ixtlan Castaneda powraca do samych początków swej znajomości z don Juanem i rekapituluje doświadczenia dziesięciu lat z nowego punktu widzenia. Okazuje się, że przygoda z don Juanem nie była dla narratora jedynie wycieczką w świat narkotycznych wizji, lecz drogą do przebudowy własnej psychiki.
Dzisiaj, w latach dziewięćdziesiątych, filozofia don Juana nie wydaje się już tak bulwersująca. Grunt pod jego poglądy został przygotowany w ciągu ostatnich dziesięcioleci przez współczesne trendy naukowe, filozoficzne czy religijne. Pojęcia pokrewne używanym przez starego Indianina przetarły sobie drogę do powszechnej świadomości i współczesnemu czytelnikowi prawdopodobnie nie wydadzą się obce. W latach sześćdziesiątych jednak twierdzenia te mogły brzmieć rewolucyjnie. Nic więc dziwnego, że od chwili, gdy ukazały się Nauki don Juana, osoba Castanedy i jego książki nie przestawały wzbudzać niedowierzania, wątpliwości i kontrowersji, a on sam stał się jedną z najpopularniejszych postaci w świecie literatury lat siedemdziesiątych. Ronald Sukenick, który w 1973 roku pisał dla nowojorskiego „Village Voice” recenzję z trzech pierwszych części cyklu, wyjawił, że duży udział w publikacji Nauk don Juana miała Anais Nin, która pomogła w znalezieniu wydawcy dla powieści. Uznana pisarka Joyce Carol Oates wysoko oceniła wartość artystyczną twórczości Castanedy. Jego narratora porównywano do Hucka Finna i Hemingwayowskiego Nicka Adamsa. Inny głośny pisarz, Donald Barthemie, opublikował w „New York Times” parodię opowieści o don Juanie zatytułowaną The Teachings o f Don B: A Yankee Way ofKnowledge. Wokół Castanedy szybko narastał kult, młodzież uznała go za swego guru, antropolodzy wyrażali się o nim z nieufnością, a dziennikarze usiłowali zbadać jego biografię. Tu jednak napotykali na liczne trudności. Zgodnie z zaleceniami don Juana, Castaneda nie kwapił się z wyjawianiem szczegółów swego życiorysu; co więcej, sam często był autorem jego rozmaitych, wykluczających się wersji.
Według jednej z nich, urodził się w Sao Paolo w dzień Bożego Narodzenia 1935 roku, jako dziecko nastoletnich rodziców pochodzących ze znanych rodzin. Wychowaniem chłopca zajęli się dziadkowie ze strony matki, właściciele kurzej fermy w Brazylii. Gdy miał sześć lat, rodzice zabrali go od dziadków, jednak w rok później matka zmarła, a ojciec umieścił chłopca w szkole z internatem w Buenos Aires. Gdy piętnastoletni Carios zaczął sprawiać kłopoty wychowawcze, zabrano go ze szkoły i wysłano do rodziny wuja w Los Angeles. Ukończył tam szkołę średnią i w dwa lata później zaczął uczęszczać na kurs rzeźby na Akademii Sztuk Pięknych Milan, ale, jak sam przyznał, brakowało mu wrażliwości i otwartości, niezbędnych, by stać się prawdziwym artystą, wrócił więc do Los Angeles i rozpoczął studia na wydziale socjologii, a potem przeniósł się na antropologię. W roku 1959 formalnie zmienił nazwisko na Castaneda.
Okazało się jednak, że biografia ta jest przynajmniej częściowo nieprawdziwa, gdyż z rejestrów imigracyjnych wynika, że Carios Cesar Arana Castaneda pod tym właśnie nazwiskiem przybył do Stanów Zjednoczonych w 1951 roku i już w 1955 roku został studentem psychologii Los Angeles City College. Uczęszczał tam między innymi na kurs pisania i kurs dziennikarski. Według tej wersji był Peruwiańczykiem urodzonym 25 grudnia 1925 roku w mieście Cajamarca, gdzie ukończył miejscową szkołę średnią. W 1948 roku przeniósł się wraz z rodzicami do Limy i tam z kolei ukończył Colegio Nacional de Nuestra Senora de Guadelupa, a potem studiował malarstwo i rzeźbę w Narodowej Akademii Sztuk Pięknych. Jego ojciec miał być złotnikiem i zegarmistrzem. Jose Bracamonte, przyjaciel z lat peruwiańskich, wspomina, że Castaneda utrzymywał się w tym czasie głównie z hazardu – kart, koni i kości – i określa go jako „wielkiego łgarza”.
Nic więc dziwnego, że dziennikarze próbujący ustalić szczegóły biografii Castanedy często rezygnowali z publikacji, zniechęceni nieścisłościami i niemożnością weryfikacji faktów. W 1972 roku Bruce Cook przeprowadzał wywiad z pisarzem dla „The National Observer”. Wywiad nigdy się nie ukazał, a zniechęcony Cook zastanawiał się, czy Castaneda faktycznie był w stanie napisać swoje powieści, gdyż język, jakim posługiwał się w rozmowie, przeładowany socjologiczno-antropologicznym żargonem, wydawał się zupełnie nieprzystający do płynnego toku narracji jego prozy. Cook sugerował, że obróbki literackiej notatek Castanedy dokonał ktoś inny. Podobnie zakłopotana była Sandra Burton, która spędziła z pisarzem kilka tygodni przygotowując materiał dla tygodnika „Time”. Castaneda ukrywa nie tylko swoją biografię; także twarz. Na większości fotografii, włącznie z tą, która przyozdobiła okładkę „Time`a” widać tylko jego oczy, a reszta twarzy zasłonieta jest książką, kapeluszem lub dłonią.
Kim jest więc Carlos Castaneda? Nowym Osjanem, jak utrzymuje Sukenick, czy reporterem wiernie relacjonującym prawdziwe zdarzenia, jak twierdzi on sam? Kimkolwiek by nie był, jego powieści zdążyły już obrosnąć w legendę i znalazły się w kanonie lektur obowiązkowych dla wyznawców Nowej Ery.

Alina Pożarowszczyk

Latem 1960 roku Carlos Castaneda, student antropologii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles, poszukiwał w Arizonie lokalnego informatora do napisania pracy na temat ludowego ziołolecznictwa. Jeden z kolegów poznał go ze starym Indianinem, który uchodził za autorytet w leczeniu ziołami i używaniu pejotlu. Z tego przypadkowego spotkania zrodziło się ponad dziesięcioletnie terminowanie Castanedy u Juana Matusa, później szczegółowo przedstawione w cyklu powieści.
Pierwsza z nich, The Teachings of don Juan: A Yaqui Way of Knowledge (polski przekład Adama Szostkiewicza Nauki don Juana, Wydawnictwo Literackie 1991), ukazała się w 1968 roku i od razu wywołała falę dyskusji nad wiarygodnością treści i osobą autora. Książka bowiem składa się z dwóch części: pierwszą stanowi narracja obejmująca kilka lat „terminowania” Castanedy, zaś druga, zatytułowana Analiza strukturalna, jest próbą uporządkowania zdobytej wiedzy w terminologii etnograficznej. Ta część pracy okazała się niewypałem; Weston La Barre w monografii The Peyote Cult określił ją jako „żałośnie niekompetentną (…) nużącą próbę zabawy w Levi-Straussa”, która „nie może zadowolić ani profesorów Castanedy, ani zwykłego czytelnika”. Analiza strukturalna wprawiła w konsternację także recenzenta „New York Timesa”, Charlesa Simmonsa, który nie był pewien, czy ma do czynienia z powieścią, czy też z pracą doktorską, sądził jednak, że książka opublikowana jako powieść ma wielkie szansę na zdobycie popularności. Przewidywania Simmonsa okazały się słuszne: w krótkim czasie Nauki don Juana stały się bestsellerem. W ciągu następnych kilku lat ukazały się kolejne części cyklu: A Separate Reality, Journey to Ixtlan, Tales of Power, The Second Ring of Power Eagle’s Gift i The Firefrom Within. Krok po kroku wprowadzają one czytelnika w świat don Juana, indiańskiego „czarownika” i opisują żmudną drogę przebytą przez narratora, od pierwszych kroków niechętnego i zdumionego studenta, który nieoczekiwanie dla siebie mianowany został „uczniem czarnoksiężnika”, aż po pełne wtajemniczenie i uczestnictwo w świecie zadziwiających pojęć i zdarzeń.
Jak jednak doszło do tego, że inteligentny i obdarzony krytycznym umysłem student jednego z czołowych amerykańskich uniwersytetów został uczniem indiańskiego szamana? Co mogło skłonić najzagorzalszego nawet miłośnika antropologii do przyjęcia filozofii życiowej niewykształconego Indianina, półanalfabety, który za nic miał intelektualne osiągnięcia całej cywilizacji zachodniej? Zapewne, odmienność przyciąga; jednak przyczyny, które związały Castanedę z Juanem Matusem na ponad dziesięć lat i zmusiły go do diametralnej zmiany sposobu życia, musiały sięgać głębiej. Przyjęcie filozofii don Juana wymagało przecież od narratora odcięcia się od wszystkiego, co wcześniej stanowiło fundamenty jego egzystencji, co nadawało jej kształt i zapewniało mu poczucie bezpieczeństwa. Trudno znaleźć cos, co by te wartości mogło zastąpić, toteż rezygnacja z nich nie może być łatwa. Nie jest to jednorazowy akt, lecz długi i bolesny proces, którego kolejne etapy śledzimy w kolejnych tomach cyklu. A ponieważ książki te pisane były niejako w drodze, podczas trwania nauki, i opierają się na notatkach z rozmów z don Juanem, krąg widzenia czytelnika poszerza się wraz z kręgiem widzenia narratora. To nie ja kształtuję fabułę, lecz jakby przeciwnie – to fabuła tworzy nowego mnie!- komentuje autor w wywiadzie udzielonym Romanowi Warszawskiemu („Literatura” nr 11-12, 1987).
Jednym z podstawowych problemów, jakie don Juan napotyka w pracy ze swym uczniem, jest język. Nie chodzi tylko o to, że używane przez niego pojęcia wywodzą się z narzeczy utoazteckich, dialogi z narratorem oryginalnie prowadzone były po hiszpańsku, a książki napisane po angielsku, chociaż samo to stwarza już wystarczające zamieszanie. Gdy jeszcze dołożymy przekład na język polski, cała kombinacja zaczyna przynosić nieoczekiwane i niestan- dardowe efekty lingwistyczne. Pojęcia używane przez don Juana brzmią w każdym z tych języków mniej lub bardziej naturalnie, ale zasadniczy problem sięga głębiej, dotyczy bowiem samej idei języka. Język jest przecież sztucznie stworzoną przez człowieka strukturą, która desygnując elementy składające się na świat, układa je w znajome nam wzory; umysł, od dzieciństwa przyzwyczajony do wydeptywania tych samych ścieżek, przestaje zauważać ich umowność i porządkujący rzeczywistość kod zaczyna traktować jak rzeczywistość samą w sobie, a tym samym przestaje zauważać rzeczy i zjawiska, które się w tym kodzie nie mieszczą lub mu zaprzeczają. W świecie wyznaczonym granicami kodu językowego nazwa zaczyna determinować postrzegane właściwości zjawisk: wiatr jest tylko ruchem powietrza, uschnięta gałąź nie powinna wzbudzać strachu, a kapelusz nie ma prawa wzbić się w górę jak latawiec. Wiatr, gałąź i kapelusz występują w języku jako jednostki znaczeniowe, którym przyporządkowane są określone cechy. W chwili, gdy to przyporządkowanie okazuje się sprzeczne z obserwacjami, człowiek skłonny jest raczej zwątpić w świadectwo własnych oczu niż zakwestionować pojęcia, jakimi operuje jego umysł. Pozbawiony przewodniej nici języka staje zagubiony pośrodku labiryntu nierozpoznawalnej, a przez to groźnej, rzeczywistości. Trudno się dziwić narratorowi Castanedy, że na wszelkie sposoby broni się przed taką sytuacją i czepia swojej wiedzy o świecie jak pijany płotu.
Tymczasem don Juan próbuje wszelkich sposobów, by przełamać schematy myślowe swego ucznia i nauczyć go stawać twarzą w twarz z Nieznanym. Używa w tym celu subtelnych sztuczek psychologicz- nych, podstępów, szantażu emocjonalnego, a gdy wszystko inne zawodzi, ucieka się do pomocy roślin o działaniu psychotropowym. Jest nie przebierającym w środkach manipulatorem, który jednak dokładnie wie, co robi i do czego zmierza, ani na chwilę nie pozwalając, by sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. Jego zadanie nie polega jedynie na rozszerzeniu pojęć intelektualnych ucznia czy na zastąpieniu ich innymi; nie chodzi mu o to, by przeprowadzić swego terminatora ze „świata zwykłych ludzi” w „świat czarowników”. Świat czarowników jest bowiem tylko jeszcze jedną konstrukcją, innym systemem pojęć i znaczeń, rządzi się innymi zasadami, ale więzi umysł dokładnie tak samo, jak świat, który wszyscy znamy. Poznanie go jest jednak konieczne, gdyż tylko człowiek, który zna oba światy jest w stanie wślizgnąć się w szczelinę między nimi – a tym samym, na chwilę, uwolnić od obydwu. Potrzebna jest alternatywa, by człowiek mógł się pozbyć zakodowanego sposobu myślenia. Świat czarowników jest właśnie taką alternatywą. „Żeby widzieć, trzeba się nauczyć patrzeć na świat w inny sposób, a jedyny inny sposób, jaki znam, to sposób czarowników” – mówi don Juan. Ten, który widzi, osiąga cel nauki – staje się Człowiekiem Wiedzy. Don Juan, który sam jest Człowiekiem Wiedzy, nie rości sobie jednak pretensji do poznania istoty rzeczywistości. „Świat jest tajemniczym miejscem, a my jesteśmy tajemniczymi istotami” – powtarza często. Wyzwolenie z więzienia intelektualnych schematów nie oznacza jeszcze wtajemniczenia we wszystkie sekrety świata; rysuje jedynie świadomość własnych ograniczeń i nierozpoznawalności Nieznanego. Istnieją co prawda pewne reguły, które obowiązują przy poruszaniu się po tym obszarze, mają one jednak charakter pragmatyczny, natomiast dociekanie Jak” i „dlaczego” jest bezcelowe, gdyż prowadzi jedynie do wytworzenia kolejnej konstrukcji intelektualnej, a więc do zafałszowania obrazu. Intelekt sam nie jest w stanie przezwyciężyć własnych ograniczeń i don Juan dobrze o tym wie. Gdy narrator powieści czyta mu fragmenty z Wittgensteina, Indianin komentuje: „Twój przyjaciel Wittgenstein sam zaplątał się we własne sidła”. Większa część nauk don Juana przekazywana jest w sposób pozawerbalny; twierdzi on, że przemawia do ciała swego ucznia, nie do jego intelektu, toteż uczy go odbierać świat i reagować nań z pominięciem przekaźnika słownego. Długi proces stawania się Myśliwym i Wojownikiem polega na poznaniu sztuki panowania nad sobą i otoczeniem, nad swoimi relacjami ze światem, swoim ciałem, psychiką i życiem. Dopiero po nabyciu tych umiejętności można stać się Człowiekiem Wiedzy. Z pewnością pierwsze powieści Castanedy w dużym stopniu zawdzięczały swój początkowy rozgłos atmosferze końca lat sześćdziesiątych i początku siedemdziesiątych. W epoce LSD dziennik doznań narratora wprowadzanego w odmienne stany świadomości przy pomocy bielunia, pejotlu i grzybów, z góry skazany był na popularność. Jednak w kolejnych częściach cyklu Castaneda stop- niowo odchodzi od tematu „roślin mocy”. A Separate Reality, podobnie jak Nauki don Juana, w dużej części poświęcona jest stanom odmiennej rzeczywistości, ale już w Journey to Ixtlan rośliny te wspomniane są tylko mimochodem i nie mają większego wpływu na akcję. We wstępie do tej właśnie powieści Castaneda wyznaje: W obu poprzednich książkach opierałem się na założeniu, że w procesie przygotowania do zostania czarownikiem zasadnicze znaczenie mają stany odmiennego postrzegania rzeczywistości osiągane przy pomocy roślin o właściwościach psychotropowych. (…) To założenie okazało się błędne. Halucynogeny okazują się tylko jedną z dróg prowadzących do celu, narzędziem pomocniczym, zaś właściwym celem jest zmiana obrazu świata wpojonego narratorowi przez kulturę Zachodu. W Journey to Ixtlan Castaneda powraca do samych początków swej znajomości z don Juanem i rekapituluje doświadczenia dziesięciu lat z nowego punktu widzenia. Okazuje się, że przygoda z don Juanem nie była dla narratora jedynie wycieczką w świat narkotycznych wizji, lecz drogą do przebudowy własnej psychiki.
Dzisiaj, w latach dziewięćdziesiątych, filozofia don Juana nie wydaje się już tak bulwersująca. Grunt pod jego poglądy został przygotowany w ciągu ostatnich dziesięcioleci przez współczesne trendy naukowe, filozoficzne czy religijne. Pojęcia pokrewne używanym przez starego Indianina przetarły sobie drogę do powszechnej świadomości i współczesnemu czytelnikowi prawdopodobnie nie wydadzą się obce. W latach sześćdziesiątych jednak twierdzenia te mogły brzmieć rewolucyjnie. Nic więc dziwnego, że od chwili, gdy ukazały się Nauki don Juana, osoba Castanedy i jego książki nie przestawały wzbudzać niedowierzania, wątpliwości i kontrowersji, a on sam stał się jedną z najpopularniejszych postaci w świecie literatury lat siedemdziesiątych. Ronald Sukenick, który w 1973 roku pisał dla nowojorskiego „Village Voice” recenzję z trzech pierwszych części cyklu, wyjawił, że duży udział w publikacji Nauk don Juana miała Anais Nin, która pomogła w znalezieniu wydawcy dla powieści. Uznana pisarka Joyce Carol Oates wysoko oceniła wartość artystyczną twórczości Castanedy. Jego narratora porównywano do Hucka Finna i Hemingwayowskiego Nicka Adamsa. Inny głośny pisarz, Donald Barthemie, opublikował w „New York Times” parodię opowieści o don Juanie zatytułowaną The Teachings o f Don B: A Yankee Way ofKnowledge. Wokół Castanedy szybko narastał kult, młodzież uznała go za swego guru, antropolodzy wyrażali się o nim z nieufnością, a dziennikarze usiłowali zbadać jego biografię. Tu jednak napotykali na liczne trudności. Zgodnie z zaleceniami don Juana, Castaneda nie kwapił się z wyjawianiem szczegółów swego życiorysu; co więcej, sam często był autorem jego rozmaitych, wykluczających się wersji.
Według jednej z nich, urodził się w Sao Paolo w dzień Bożego Narodzenia 1935 roku, jako dziecko nastoletnich rodziców pochodzących ze znanych rodzin. Wychowaniem chłopca zajęli się dziadkowie ze strony matki, właściciele kurzej fermy w Brazylii. Gdy miał sześć lat, rodzice zabrali go od dziadków, jednak w rok później matka zmarła, a ojciec umieścił chłopca w szkole z internatem w Buenos Aires. Gdy piętnastoletni Carios zaczął sprawiać kłopoty wychowawcze, zabrano go ze szkoły i wysłano do rodziny wuja w Los Angeles. Ukończył tam szkołę średnią i w dwa lata później zaczął uczęszczać na kurs rzeźby na Akademii Sztuk Pięknych Milan, ale, jak sam przyznał, brakowało mu wrażliwości i otwartości, niezbędnych, by stać się prawdziwym artystą, wrócił więc do Los Angeles i rozpoczął studia na wydziale socjologii, a potem przeniósł się na antropologię. W roku 1959 formalnie zmienił nazwisko na Castaneda.
Okazało się jednak, że biografia ta jest przynajmniej częściowo nieprawdziwa, gdyż z rejestrów imigracyjnych wynika, że Carios Cesar Arana Castaneda pod tym właśnie nazwiskiem przybył do Stanów Zjednoczonych w 1951 roku i już w 1955 roku został studentem psychologii Los Angeles City College. Uczęszczał tam między innymi na kurs pisania i kurs dziennikarski. Według tej wersji był Peruwiańczykiem urodzonym 25 grudnia 1925 roku w mieście Cajamarca, gdzie ukończył miejscową szkołę średnią. W 1948 roku przeniósł się wraz z rodzicami do Limy i tam z kolei ukończył Colegio Nacional de Nuestra Senora de Guadelupa, a potem studiował malarstwo i rzeźbę w Narodowej Akademii Sztuk Pięknych. Jego ojciec miał być złotnikiem i zegarmistrzem. Jose Bracamonte, przyjaciel z lat peruwiańskich, wspomina, że Castaneda utrzymywał się w tym czasie głównie z hazardu – kart, koni i kości – i określa go jako „wielkiego łgarza”.
Nic więc dziwnego, że dziennikarze próbujący ustalić szczegóły biografii Castanedy często rezygnowali z publikacji, zniechęceni nieścisłościami i niemożnością weryfikacji faktów. W 1972 roku Bruce Cook przeprowadzał wywiad z pisarzem dla „The National Observer”. Wywiad nigdy się nie ukazał, a zniechęcony Cook zastanawiał się, czy Castaneda faktycznie był w stanie napisać swoje powieści, gdyż język, jakim posługiwał się w rozmowie, przeładowany socjologiczno-antropologicznym żargonem, wydawał się zupełnie nieprzystający do płynnego toku narracji jego prozy. Cook sugerował, że obróbki literackiej notatek Castanedy dokonał ktoś inny. Podobnie zakłopotana była Sandra Burton, która spędziła z pisarzem kilka tygodni przygotowując materiał dla tygodnika „Time”. Castaneda ukrywa nie tylko swoją biografię; także twarz. Na większości fotografii, włącznie z tą, która przyozdobiła okładkę „Time`a” widać tylko jego oczy, a reszta twarzy zasłonieta jest książką, kapeluszem lub dłonią.
Kim jest więc Carlos Castaneda? Nowym Osjanem, jak utrzymuje Sukenick, czy reporterem wiernie relacjonującym prawdziwe zdarzenia, jak twierdzi on sam? Kimkolwiek by nie był, jego powieści zdążyły już obrosnąć w legendę i znalazły się w kanonie lektur obowiązkowych dla wyznawców Nowej Ery.

Alina Pożarowszczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ta strona używa cookies.

Czytaj więcej na temat polityki cookies.